Przekaż 1% Fundacji im. Hanki Bożyk

Nr KRS: 0000362270

Nr konta:

20 1240 2135 1111 0010 3448 4680

StartRecenzje książki

Recenzje książki

 

"Kierujemy Państwa uwagę na świeżo opublikowaną w miesięczniku literackim "Twórczość" (lipiec 2012) niezwykle obszerną (81 stron maszynopisu) recenzję książki "Hanka Miłość Polityka" pióra Czesława Dziekanowskiego, autora wielu powieści (w tym: "Szkoła wojny" - 2007 rok i "Poszukiwanie źródeł kreatywności" - 2011 rok).

 
Od razu wyznam, że na uwadze mam próbę uchwycenia głębszej wymowy autobiograficznej książki Pawła Bożyka. Nosi ona stereotypowy, a przez to zniechęcający tytuł Hanka, miłość, polityka (Poznań 2011).

Na sam widok splecionych w takim porządku paru chodliwych wyrazów ogarnęły mnie irytacja i zażenowanie. Z miejsca wyczułem, że autor autobiografii podstępnie chce, a być może tylko naiwnie pragnie, by te trzy – przyznaję – dość nośne pojęcia stanowiły przemyślny system naczyń połączonych i sugestywnie rzucały się w oczy czytelnika.

Niepewnie zaglądam do środka. Kartkuję, a to już zły znak, bo przecież powinienem natychmiast przywrzeć do tekstu. Wewnątrz niby poprawne, w istocie toporne zdania, których celem jest, jak się domyślam, precyzyjne przedstawienie własnego życia autora.

Ponieważ Pawła Bożyka jako osobę władną i towarzyską poznałem osobiście – i dodam: przelotnie – mniej więcej czterdzieści lat temu i od tamtej pory nie widzieliśmy się, trzymając kilogramową książkę w ręce, nie zniechęcam się, nie poddaję. Na oślep brnę w lekturę, ciekaw, co z tego wyniknie. Być może – tak marzę sobie – poruszy we mnie jakąś strunę, coś uruchomi.

Długo nic, aż wreszcie zaskakuję. W mojej wyobraźni pojawia się cichy, tajemniczy osobnik – człowiek znikąd. Nie tyle jegomość o przyjemnym wyglądzie profesora ekonomii, ile raczej o atrakcyjnej powierzchowności reprezentant władzy, która ma – patrząc przez pryzmat skondensowanych dziejów – z zasady obcy, dramatycznie nieosobisty, nostalgicznie przelotny charakter. Znikąd, tak go sobie tymczasowo określam. Człowiek, który rodzi się w moim czytelniczym umyśle dzięki wielu mizernym słowom jego tekstu.

Bohater autobiografii jest intrygująco nierówny. Przez godzinę chwali się, wywyższa, a w przerwie próżności przez pięć minut jak dziecko płacze. Słowem, autor złości mnie, denerwuje, to znów lituję się nad nim i mu współczuję. Tak czy inaczej, nie daje mi spokoju.

Oddając się lekturze w myślach mówiłem sobie: mnie jako orędownika relaksu i luzactwa niewiele interesuje piękna, lecz przecież antypatyczna Hanka, powinienem więc zignorować tę butną, zarozumiałą dziewczynę, po prostu odpuścić ją sobie, jak porzuca się zamiar spaceru w paskudną pogodę, a także cichcem pod dywan zamieść naiwną, napuszoną, pretensjonalną miłość Pawła, natomiast skupić się wyłącznie na ostatnim zjawisku. No więc zacząłem się zastanawiać, co ciekawego o życiu, a przede wszystkim o polityce miałby nam do powiedzenia asystent Edwarda Gierka, jego doradca ekonomiczny? Wyprzedzając czytaną opowieść odpowiadałem sobie, że chyba niewiele, tym bardziej że przecież sam Bożyk politykiem nigdy nie był, co uporczywie podkreśla nie bez cichej satysfakcji.

We wprowadzeniu – Zamiast wstępu – autor mówi niedwuznacznie, że to, co obecnie czytam, jest substytutem tego, co mógłbym przeczytać, gdyby on jako autor nie dał się zastraszyć. Zwierza się z rozbrajającą szczerością: „Pierwotnie książka ta miała powstać dwadzieścia lat wcześniej, w pierwszych dniach transformacji. Byłem już w przededniu podpisania umowy wydawniczej”. Wtedy właśnie Hanka odebrała telefon od anonimowego rozmówcy, który odwodził od publikacji. Hankę obdarował komplementem, nazwał ją piękną, młodą kobietą: „Czy chciałaby pani do końca życia chodzić o kulach, i to bez męża, bo o wypadek samochodowy przecież nietrudno?”. Wprawdzie było to anonimowe, ale wcale nie abstrakcyjne, lecz całkiem realne i upokarzające zastraszanie. Nieugięci, którzy się po ludzku nie bali, z reguły też nie podporządkowywali się podobnemu wezwaniu, a będąc ideowo nacechowani, często w tajemniczych okolicznościach ginęli. Tak czy inaczej, zastraszający telefon robi piorunujące wrażenie: nagle wpycha człowieka na wyższy poziom rozumienia, jak bezwzględnie zorganizowana jest ochrona dotychczasowego systemu. Mechanizm władzy totalitarnej. Gdzieś tam są siepacze, którzy wycisną z nas życie, a niepokorne ciało wrzucą do rzeki czy na wysypisko śmieci. No bo dla mocno zaangażowanej i dobrze zorganizowanej bezpieki nie jesteśmy pożytecznymi buntownikami, potencjalnymi bohaterami, tylko zwykłym śmieciem.

Argumenty służby bezpieczeństwa były tak przekonujące, to znaczy tak jednoznacznie mafijne, że w okamgnieniu sparaliżowały potencjalnego autora. Porzucił pierwotny pomysł. Planowana książka nigdy nie powstała: „Tam miało być dużo o polityce, mniej o miłości, tu jest dużo o miłości, mniej o polityce”.

A już myślałem, że Paweł Bożyk rzeczywiście niewiele ma do powiedzenia na temat polityki! Właśnie owe dużo o miłości jest o wiele za dużo o niej, mnie zaś interesuje owo mniej o polityce, które na szczęście niesie z sobą o wiele więcej, niż mógłbym się spodziewać. Na myśli mam pogłębione, wstrząsające wejrzenie w nasze najnowsze dzieje. Jest to, jak się okazuje, historia szantażu, zastraszania, terroru. Wspomina się tu wojnę niemiecką, deportację na Wschód, ukraińską rzeź Polaków.

Niemniej Hanka, miłość, polityka to trzy żywioły. Wydaje mi się, że da się je objąć jedną wspólną kategorią. Na myśl przychodzi mi słowo spotkanie i jego odwrotność – rozstanie. Proszę posłuchać: „Nie spotkałbym się z pewnością nigdy z Hanką, gdyby nie wojna. Ulepieni zostaliśmy bowiem z innej gliny, żylibyśmy w zupełnie różnych miejscach, obracalibyśmy się w innym towarzystwie”. A teraz o sprawcach jej przyjścia na świat: „Rodzice Hanki mieszkali w Warszawie, należeli do inteligencji, w żyłach matki, Ireny Frank, płynęła błękitna krew, jej przodkowie przywędrowali tu z Belgii. Ojciec Hanki, Julian Burno, wywodził się z rodziny łódzkich fabrykantów”.

(Tutaj wyczuwamy zgrzyt, raczej powinno być: „Gdyby nie wojna, z pewnością na swej drodze nigdy nie spotkałbym Hanki”. Zresztą i co do sensu tego stwierdzenia można mieć zastrzeżenie, zdarza się bowiem, że i bez wybuchu wojny arystokratka potrafi spotkać się ze służącym, a nawet poślubić go, jeśli tylko między nimi wybuchnie prawdziwa miłość).

Autobiografia Bożyka zaczyna się, jak widzimy, nie tylko od stylistycznego falstartu. Właśnie falstartem też nazywam nadmierne uprzywilejowanie Hanki, frontalną prezentację przyszłej żony i jej rodziców.

„Moi rodzice żyli na Kresach. Ojciec przywędrował ze Słowacji. Matka należała do rodziny broniącej polskości na tych terenach, zwłaszcza w stosunkach z Ukraińcami. Zapłaciła za to życiem”.

Pytanie: dlaczego w tej enumeracji na drugim planie umieścił swoich? Czyżby jego rodzice z jakichś względów nie nadawali się na pełną dumy pierwszoplanową ekspozycję? Intuicja podpowiada mi, że Bożyk, zmuszony do szczerości w związku z koniecznością honorowania konwencji – zasad obowiązujących w autobiografii – nieoczekiwanie konfrontuje się z tym, co wyparte czy raczej wypierane, to znaczy z wstydliwymi wiejskimi korzeniami. Powstaje więc nieodparte wrażenie, że spotkanie z Hanką to jakby właściwe, realne, choć zarazem symboliczne narodziny narratora. Nie bez powodu wraz z Hanką pojawiają się matka i ojciec. Na planie opowieści Paweł staje się nie tyle zięciem, co synem jej rodziców. On chwilami będzie się o nią troszczył jak brat.

Ale wybuchła wojna – ta fabryka sierot – i świat przewrócił się do góry nogami. Ojciec zginął w Buchenwaldzie, a gdy wkrótce matka zmarła, Hanka została sierotą. Opieką otoczyła ją babcia.

Rosjanie uczynili ojca rezydentem syberyjskiego łagru (miejsce zsyłki: okolice Workuty na północy Związku Radzieckiego), a gdy matkę zamordowali Ukraińcy, Paweł także właściwie stał się sierotą. Przejściowo babcia zaopiekowała się nim (i jego bratem): „W liceum musiałem już samodzielnie kierować swoim losem. Zamiast hasać z kolegami na boisku, często siedziałem w klasie i myślałem. O czym? O tym, że nikt się o mnie nie troszczy. Ani rodzice, bo ich nie ma, ani babcia, bo chorowała od kilku lat. Babcię darzyłem uczuciem takim, jakim dzieci darzą matkę i ojca. Rodziców coraz mniej pamiętałem. Bałem się, że wkrótce ich zapomnę, a wtedy będę naprawdę sam”. Ten rodzaj lęku nie opuści go nigdy.

Prosto z Domu Dziecka trafił na studia: „Do akademika na Kickiego przyjechałem z jedną tekturową walizką, którą dostałem w domu dziecka”.

Już jako uczeń, a potem student czekał na tę jedyną, chciał spotkać tę wyjątkową dziewczynę. Marzył, żeby stać się sławnym człowiekiem, nie wiedział tylko, jak to zrobić.

W zdecydowanie lepszym położeniu pod tym względem był Edward Stachura. Ten, nie zabiegając o poklask, niejako na oczach Pawła Bożyka pisywał swe dziwne wiersze i tworzył zręby przyszłej sławy, także jako oryginał, nie tylko literat: „Po latach Stachura stał się sławny, wokół jego osoby powstał mit człowieka walczącego z banalnością codziennego życia, poszukującego głębszego sensu. Nie znalazł go chyba”. No bo targnął się na życie. Można podpowiedzieć Bożykowi, że sława, jak widać, nie zabezpiecza przed katastrofą. Ani władza, ani bogactwo. Są niczym w porównaniu z autentycznym szczęściem. Tak, sława, bogactwo, władza i co tam jeszcze są bowiem czysto zewnętrzne i w tym sensie bez znaczenia. Sprawy naprawdę ważne – jak powiedziałby pewien mistrz – ukryte są w sercu człowieka. Wielu za nim chętnie powtórzy tę skromną, a zarazem wglądotwórczą refleksję: „Dla mnie ważniejsze jest, bym był szczęśliwy, niż żebym miał jakiś zewnętrzny powód do szczęścia”.

Bożykowi tak się poszczęściło pewnego razu, że wygrał spodnie od Stachury. Dobre i to. Znów można podpowiedzieć ekonomiście, że poeta nie walczył z banalnością codzienności, on podnosił jej rangę. On raczej walczył z tymi, którzy nie doceniają codzienności. Jeśli walczył o coś, do czegoś się zmuszał, to do istnienia. Tak, on wymuszał na sobie istnienie. Brakowało mu Istnienia. On nawet nie chciał być w roli pisarza. Chciał, by samo życie pisało. Nieświęte, niemetafizyczne, tylko ekstremalnie spontaniczne samożyciopisanie. Trochę jak u Kantora, którego aktorzy zwierzają się przytomnie: „Czuliśmy, że u Kantora możemy improwizować tak, jak się to robi w jazzie. Kreować, a nie odtwarzać przypisane nam role. Bo Kantor nikomu ról nie przypisywał, kazał tylko istnieć na scenie. To nas fascynowało. Te prozaiczne czynności na scenie, bez patosu, bez dramatu, szalenie radowały i Kantora, i nas”. No więc przegranie w karty spodni to był czysty happening, to był akt istnienia. Być może po raz pierwszy znacząco przegrał. Przegrywając spodnie, Stachura, rzecz jasna, wygrywał. Co mianowicie? Moim zdaniem wygrywał gorzki smak istnienia. Jedni więc powiedzą, że był to gorzki smak, a inni, że słodki. Granie aż do zgrania spodni można widzieć jako defekt psychiczny, który skłania poetę do działań szalonych. Ale jest to raczej kruche wyjaśnienie. Jeśli założyć, że człowiek nie jest istotą racjonalną, to nieracjonalna przegrana Stachury wyda się zachowaniem właśnie na wskroś racjonalnym. Co jest stratą dla ekonomisty, to jest zyskiem dla poety. Ekonomista zdobył szpanerskie dżinsy, a poeta, tracąc je, wszedł w posiadanie dojmującego doświadczenia, które brzmi: zgrać się do naga. W lęku możemy uznać, że Stachura przegrał w karty własne życie. Ale w akcie odwagi zgrać się do naga powinno się kojarzyć raczej z nagą egzystencją, raczej z odsłoniętym istnieniem człowieka uprawiającego traumatyczny hazard. Ten, który wygrał, myśli, że jest lepszy od tego, który przegrał. A Stachura, który przegrał, czuje, że jest lepszy czy raczej stoi wyżej niż ten, który wygrał. Stachura bowiem wszedł w posiadanie oryginalnego przeżycia. Zgrać się to jakby być ręczną robótką, jak sweter powołany do życia na drutach, i na naszych oczach spruć się do ostatniej nitki. Wyraźnie widzimy, jak poeta macza swe pióro w triumfującej klęsce, jak pisze jej mieniącą się krwią. Co więcej, przegrana w karty wskazuje, iż kontrola nad własnym życiem (choćbyśmy chcieli kierować nim jak najlepiej) jest złudzeniem. To przecież ono poczęstowało grających niespodzianką. I właśnie ta nieprzewidywalność życia sprawia, że bycie człowiekiem jest interesujące.

Bożykowi powodziło się nie najgorzej, a mimo to cały czas nurtowały go dwie myśli: „Pierwsza – gdzie znajduje się ciało matki? I druga – co stało się z ojcem?”.

Tymczasem jego oczom ukazała się „dziewczyna cud, pod każdym względem wymarzony ideał”. Podszedł, poprosił do tańca i tak się zaczęło: „Cały wieczorek przetańczyłem tylko z nią”. Czuł, że ta znajomość jest czymś bardzo poważnym: „Spotkała się ze mną następnego dnia i następnego, i tak przez wiele tygodni”. On był małomówny, tak że wszystkie spotkania były wypełnione prawie w całości monologami Hanki.

Może to dziwne, niemniej zarzeka się, że pójdzie do łóżka z dziewczyną dopiero wtedy, gdy będzie w niej zakochany. Z natury był monogamiczny, wystarczała mu miłość do jednej dziewczyny. Musiała „to być jednak miłość prawdziwa, odwzajemniona, szczera i głęboka” – taka jak uczucie do Hanki. Pewnego dnia dziewczyna użyła podstępu. Gdy on wszedł do jej pokoju, udała, że śpi (a była odpowiednio, to znaczy atrakcyjnie, rozebrana): „Wiedzieliśmy, że ta właśnie chwila scementuje nie tylko związek naszych ciał, ale i dusz na zawsze”.

Nadziei, że już zawsze będą razem, towarzyszy obawa, że Hanka zerwie z nim: „Byliśmy jednak wciąż dzieciakami, zwłaszcza ona. Mogło się jej przecież wszystko odwidzieć, jest taka piękna, spotyka tylu chłopaków. A nas tyle różni”. Na niedopasowanie wskazywała jej ciotka. Hania nie może wyjść za sierotę, bez majątku, pogrzebie uświęconą tradycję rodzinną: „W twoich żyłach płynie przecież błękitna krew. Korzenie nasze sięgają dziewiątego wieku, kiedy to protoplasta rodu zdobył tereny dzisiejszej Rosji i zapuścił tam korzenie na wiele wieków. Wśród naszych przodków aż się roi od grafów, kniaziów, książąt, podkomorzych, podstolich, chorążych i innych prominentnych postaci polskiej i rosyjskiej historii. Aż tu takie faux pas, zadajesz się z chłopakiem znikąd, bez rodziny i bez grosza. Przecież wszyscy krewni okrzykną to mezaliansem. A poza tym nie jesteś już całkowicie wolna. Parę lat temu rodzina zeswatała cię z Piotrkiem Szuyskim, ostatnim z rodu polskich pretendentów do tronu rosyjskiego i białoruskiego. Wszyscy są zgodni co do tego, że pasujecie do siebie jak ulał. On wysoki, przystojny, ładny chłopak. Ty, dziewczyna jak malowana. Będzie z was para pod każdym względem pokazowa. Naszej rodzinie jesteście potrzebni. Chcemy się wami chwalić”. Gdyby nie ten poważny ton, to można byłoby orzec, że ciotka występuje w ironią podszytej bufonadzie, daje pokaz ekstremalnej, ale nieszkodliwej próżności. Zresztą chyba autobiografia głównie temu służy: żeby pokazać się od wyjątkowo pozytywnej strony; żeby podkreślać atuty rodu; żeby upajać się sobą jako jednostką wybitną, zachłystywać się znamienitością swego charakteru. Bożyk pisze, że wobec Hanki występował w podwójnej roli: „zakochanego chłopaka, tylko parę lat starszego od niej, ale przeżywającego te same emocje, i bardzo dojrzałego psychicznie człowieka, myślącego długofalowo, przewidującego różne scenariusze zdarzeń”.

Oto chłopak znikąd, bez rodziny i bez grosza. Z pewnością uwierzył, że jest znikąd, no bo przecież został wydziedziczony z domu. Raz po raz dopadał go lęk, że nie będzie w stanie zaopiekować się sobą czy kształtować świata według swoich życzeń i własnych sił. Nękała go obawa przed ubóstwem, której nabawił się jako sierota. Powtórzmy, jako sierota był gorszy w oczach rówieśników, ale też wyróżniała go zdolność do nauki i w ogóle potrzeba bycia lepszym niż inni. Na szczęście wybijający się w szkole, jest też bardzo dobrym studentem. Nauka nigdy nie sprawiała mu kłopotu. Jest pracowity i zaradny życiowo, zapobiegliwy. Mimo że materialnie powodzi mu się jako tako, jego zachowaniem rządzi lęk przed niedostatkiem. To, co normalnie nazwalibyśmy chełpieniem się, w jego przypadku nie tyle jest oznaką próżności, co ma charakter apotropaiczny – zażegnujący niebezpieczeństwo upadku w ubóstwo. Zginiesz, umrzesz z głodu bez rodziców! Nie dasz sobie rady, będąc sam na tym świecie! Tak czy inaczej, zabrakło osób, od których mógł spodziewać się opieki. Z reguły brak rodziców podważa zaufanie do świata. Człowiek znikąd, zagubiony w swej genealogii, nie za bardzo wiedzący, kim jest, jakie są jego korzenie, najlepiej czuje się przy władzy. Przy władzy rzeczywistej, konkretnej i tej abstrakcyjnej, metaforycznej.

Swoistym rodzajem władzy jest wiedza. Intuicyjnie wyczuwa to każdy, kto pragnie odegrać heroiczną rolę. Właśnie standardowy bohater stara się zdobyć wiedzę na temat tego, co jest mu niezbędne do rozwoju. Paweł Bożyk troszczy się nie tylko o rozwój własny, ale też osób mu najbliższych – narzeczonej i brata. Wcześnie znalazł się w sytuacji, w której mógł, realizując konkretne zadania, zdobyć pewność, że kroczy właściwą drogą. To właśnie na tej drodze – drodze do celu – nauczył się ufać sobie. Ufanie sobie jest podstawą tego, co określamy byciem sobą. Bycie sobą głównie polega właśnie na ufaniu sobie. To wspaniałe, że nasza autentyczność zasadza się na zaufaniu do siebie. Paweł Bożyk wcześnie poczuł gorzki smak bycia w pełni odpowiedzialnym za swe życie. Wcześnie też odkrył, że sieroctwo go ogranicza i postanowił to uwarunkowanie przezwyciężyć. Nie chciał być ofiarą. Pragnął zwyciężać. Nasilał proces własnego rozwoju, przygotowując się w ten sposób do zmiany. Pragnienie zmiany sytuacji niekorzystnej na korzystną towarzyszy naszemu bohaterowi bezustannie. Paweł Bożyk dzięki zarysowanej tu strategii postępowania dość szybko stał się autorytetem, najpierw dla samego siebie, a potem dla innych.

Powiedzieliśmy, że nasz bohater troszczył się nie tylko o Hankę, lecz także o młodszego brata, któremu doskwierało towarzystwo robotników (pracował w elbląskim Zamechu), z ich obyczajami, pijaństwem i życiem z dnia na dzień. Chodziło o to, by w czasie towarzyskich, improwizowanych spotkań ze studentami Michał mógł dojrzeć inne życie niż to, które widział jako robotnik w fabryce na prowincji. Hanka – jako przyszła bratowa – także martwiła się o niego: „żeby on w tej fabryce nie zszedł na manowce”.

O rodzicach Paweł myślał nieprzerwanie: „Syndrom sieroty odbił się strasznie na mojej psychice. Przez lata z trudem docierał do mojej świadomości fakt, że matka nie żyje. A ojciec? O nim cały czas myślałem jako o kimś, kto gdzieś tam istnieje, pracuje i robi wszystko, by wrócić do domu. Wyobrażałem sobie, że jest wciąż młodym, przystojnym człowiekiem, wykształconym i dobrze ubranym. Choć oficjalnie figurowałem w dokumentach jako sierota, czułem, że sierotą nie jestem”. Normalnie powiedzielibyśmy, że Paweł stosuje prosty mechanizm obronny – zaprzeczanie rzeczywistości. I to jest prawda, ale tylko częściowa, bo przecież intuicja mówi mu, że jednak ojciec żyje, a żyje głównie dlatego, iż takie jest pragnienie syna. Marzenie nie jest tu iluzją, przeciwnie, ma moc faktyczności. Za chwilę pojawi się (przyprawiający o trwogę) ojciec rzeczywisty, jegomość z krwi i kości. Paweł wchodzi do akademika i widzi „dziwacznego człowieka, w długim, prawie do kostek gabardynowym płaszczu, w kapeluszu, i ze srebrnymi zębami. Nie miałem wątpliwości: ten człowiek jest moim ojcem”.

Paweł tyle lat czekał na wspaniałego ojca, a tymczasem spotkał jego upadłość – koszmarną ruinę. Zamiast literackiego języka na powitanie fatalna, pełna wyrzutów, zruszczona mowa: „Zaczęło się to nasze spotkanie od pretensji i na pretensjach skończyło”. Jednak w tej sytuacji coś niezwykle ważnego wyszło na jaw: „Okazało się, że ojciec i syn są sobie całkowicie obcy. Syn rozczarował się ojcem, ojciec rozczarował się synem. Nie mogliśmy w żadnym punkcie znaleźć wspólnego języka”. Jeśli ojciec nie jest w stanie dogadać się z synem, to rodzi się pytanie, jak w ogóle jedna generacja może się porozumieć z drugą czy trzecią? Co mają sobie do przekazania? Spotkanie z ojcem jest wypełnione wzajemnymi pretensjami, a w istocie czczą gadaniną.

Paweł otrzymał dyplom ukończenia studiów wyższych i zaczął szukać pracy. Wtedy doznał swej znikomości, rozczarował się swym sukcesem, boleśnie odczuł obojętność świata: „Pamiętam, gdy jako świeżo wypromowany magister ekonomii jechałem trolejbusem ulicą Myśliwiecką, rozglądając się, czy wszyscy widzą, jaki jestem ważny, skończyłem przecież studia, i to z oceną bardzo dobrą. Nikogo to jednak w trolejbusie nie obchodziło. Tylko z Hanką mogłem dzielić swoje szczęście”. Nic dziwnego, że to ona staje się centrum jego świata, osią jego miłości i pragnienia. W trolejbusie pełno ludzi, ale on jest sam, nikogo nie interesuje. Tylko z Hanką może być szczęśliwy. Tak oto spotykasz kobietę, która wydaje się najważniejszą osobą w twoim życiu. Po prostu uznał, że Hanka jest ideałem – bycie z nią chwilami wydawało się nierealne. Uznał też, że życie bez niej byłoby bez sensu. A teraz jest głęboko przeświadczony, że nie pokocha do końca innej kobiety, bo to już nie będzie to. W jego oczach Hanka nabrała niesłychanego znaczenia. Jest ubóstwiana. Na myśl o niej wpada w zachwyt. Żadna inna kobieta nie zasługuje na takie uwielbienie. Usiłuje zmniejszyć znaczenie innych kobiet. Dewaluuje je, by uniknąć konfliktu między uczuciowym zaangażowaniem, które domaga się wyłączności, a faktem, że można mieć wiele obiektów. Jest przecież na świecie wiele kobiet, które także – każda z osobna – zasługują na miłość. Jest tych kobiet ocean. Mentalne neutralizowanie innych kobiet sprawia, że nie stają się one rzeczywistymi obiektami miłości.

Czekała na niego po egzaminie z małym bukiecikiem kwiatków, chyba stokrotek. To wystarczyło, by sprawić mu olbrzymią radość: „Oboje byliśmy tacy młodzi, wchodziliśmy dopiero w życie, byliśmy goli i bosi, bez mieszkania, ale mieliśmy siebie i to było najważniejsze”.

Dostał się na staż w Instytucie Koniunktur i Cen Handlu Zagranicznego. Miał tu możliwość rozwoju naukowego: „Nie przypuszczałem, że znajdę się wśród opozycjonistów PRL-u”. Mógł teraz porównać losy. Właśnie spotkał opozycjonistów, których życie było w jakimś sensie zasadniczo cięższe niż jego życie.

Właśnie idąc przed siebie, chce się nasycić światem. Kiedy więc patrzy przez pryzmat dzieciństwa, siłą rzeczy czuje się człowiekiem mniej wartościowym. A kiedy patrzy przez pryzmat rozwoju i dokonań, czuje swoją nadwartościowość. Idzie w świat, by stać się bogatszym o wiele przygód, spotkań z ludźmi, krajobrazami. Stopniowo uświadomi sobie, że wyrósł z kraju, stał się światowcem. Ów światowiec w nim ma nadrobić, skompensować podlwowską peryferyjność – przestrzeń niezbyt ucywilizowaną. Przez światowość zyskuje jakby szlachectwo. Na jego przykładzie widzimy tych wszystkich, którzy cieszą się, że żyją w świecie pełnym konsumpcyjnych pokus. Przyjmujemy za naturalne, że oni chcą z życia korzystać.

Hanka i Paweł spieszą się, gdyby ktoś pytał, to są w nieustannej podróży. Wręcz namiętnie zwiedzają miasta, kraje i kontynenty. Mieszkają w wielogwiazdkowych hotelach. Wylegują się na plażach, pływają w jeziorach, morzach i oceanach. Wygląda na to, że pragną w ten sposób posiąść, a w istocie skonsumować cały świat. Nawiasem mówiąc, ten świat byłby naprawdę luksusowy, gdyby nie choroba i gdyby nie śmierć.

W tym miejscu trzeba wreszcie wspomnieć o pewnej tajemnicy: „Hanka ciągle żyła w strachu, że mnie utraci, każdy mój wyjazd budził w niej niepokój, że zginę w wypadku bądź porzucę ją dla innej. Nie wiem, dlaczego tak myślała, mogła być pewna, że nigdy nie zostawiłbym jej samej. Przez całe życie miałem przed oczyma sen z nocy poślubnej, w którym Hanka nagle umiera i zostawia mnie płaczącego”. I to retoryczne pytanie, gdy okazało się, że zmarła nagle, w pełni sił i rozkwicie urody, osierocając Pawła, syna, rodzinę i zostawiając dziesiątki przyjaciół i tysiące znajomych: „Czy musiało do tego dojść, by spełniła się przepowiednia przekazana we śnie w czasie nocy poślubnej?”. Paweł nigdy nie wyjawił Hance owej złowieszczej tajemnicy. Sekret zachował wyłącznie dla siebie. Latami tkwiąc w cieniu przez nieświadomość zakomunikowanej śmierci, realizował to, co było możliwe, to znaczy rozwijał bogactwo zawodowego, społecznego, a nade wszystko małżeńskiego życia. Wydawałoby się, że jako wtajemniczony może odegrać apotropaiczną rolę: zapobiec wyrokowi, odwrócić bieg wypadków. Mimo wysiłków, by wpłynąć na bieg zdarzeń, stał się jedynie widzem tragedii. Nastąpiło paradoksalne odwrócenie sytuacji: we śnie z nocy poślubnej doświadczył odejścia żony, a na jawie parę dekad później mógł co najwyżej być obserwatorem zdarzeń. Brutalnie mówiąc, ożenił się ze śmiercią.

Kobieta, z którą się ożenił, za sprawą snu stała się jakby tymczasowa. Po latach przepowiednia sprawdziła się niestety. Może to tylko sen, pocieszał się pan profesor, wybitny ekonomista, pomysłowy naukowiec. Zresztą on tak łatwo nie uwierzy w czary mary. Będzie usiłował jakoś zapobiec owej onirycznej śmierci. Nie pozwoli, by przyszłość skrzywdziła go. Wystarczy, że przeszłość pozbawiła go rodziców. Sądzę, że owa chęć zapobieżenia rodzinnej katastrofie pchnęła go w objęcia KC. Dostał się do pałacu władzy. Mniemał, że polityka uchroni mu żonę. Wysoka władza ma większe możliwości zapobiegania śmierci niż lud. Są rządowe szpitale!

Sen przejął go trwogą. Nasiliło się w nim poczucie tymczasowości ludzkiego istnienia. I on nie mógł jej tego snu opowiedzieć. Był jedynym wtajemniczonym. Przeklęte dostąpienie tajemnicy! Po co mu to wiedzieć?!

Tak czy inaczej, spadł nań niechciany wgląd w przyszłość. Najchętniej pozbyłby się go, wyparłby to wtajemniczenie. Na marginesie można założyć, że autobiografie powstają, gdyż ich autorom przeszłość nie daje spokoju. I ta przeszłość staje się źródłem wiedzy. Na dźwięk „przeszłość” u niektórych powstaje awersja, u innych przeciwnie – pragnienie jej poznania. Bożyk z pewnością zauważył, iż ma skłonność do porządkowania swego życia. Zauważył także, że życie – jako opowieść – pęcznieje w trakcie pisemnego utrwalania, niepostrzeżenie, jakby magicznie rozrasta się, nabiera rozmachu. Było to skromne życie – gdyż takie ono zawsze jest – ale dzięki coraz bardziej umiejętnemu przedstawieniu zmienia kategorię: staje w szeregu żywotów wielkich ludzi. Z nieznanego przechodzi w to, co poznane i znane. Staje się wydarzeniem. Autor urasta we własnych oczach. Autobiografia, nawet ta nieporadna, czule przemawia do czytelnika: nie tyle siłą myśli czy rozumu, ile mądrością doświadczanego życia. I tak oto dzięki tej – jeśli nie sztuce, to powiedzmy przedsztuce – autobiografista zaczyna wieść egzystencję coraz szczelniej wypełnioną znaczeniem.

Bez śmierci, zakładamy, trudno byłoby nam zrozumieć życie. Tymczasem nie życia, Paweł nie rozumie śmierci, że ta chce mu zabrać taki bezcenny skarb. Hanka jest dlań ważniejsza niż całe KC, niż całe PZPR. Ważniejsza niż Gomułka, Gierek, Jaruzelski i Wałęsa na dokładkę, niż ekonomia socjalizmu i kapitalizmu razem wzięte. Sierotą go czyni Hanka. Gierek, w którego wierzył, także go opuścił, bo przeinwestował nasz kraj. To samo ojciec Pawła, założył drugą rodzinę w Rosji. Tam się ożenił z nauczycielką, ma dwóch synów, z których jeden ma na imię Paweł. Po prostu, mówiąc ironicznie, przeinwestował. Czyż nie jest to komiczna historia?! I ta śmierć, która tylko czyha. Nasz Bożyk uwierzył, że jego przeznaczeniem jest kochać Hankę i doradzać, asystować I sekretarzowi. Czy to nie jest śmieszne? Ależ, proszę państwa! Do pewnego stopnia i owszem. Jest! Tak, jest śmieszne, ale też tragiczne. Bo Hankę wyrotowała oniryczna przepowiednia, a Gierka obalili jego koledzy partyjni. Z kolegami z Biura Politycznego nie ma dyskusji, podobnie jak nie ma jej ze śmiercią.

Polityka zagraża miłości, Hanka, póki żyje, zagraża polityce. Bezpieczne oddzielenie tych żywiołów nie jest łatwe. Miłość upomina się o swoje wyłączne prawa, ale też polityka nawołuje, wzywa swoich wybrańców, żeby jej się poświęcili, podążając za nią krok w krok. Para zakochanych dużo, właściwie bezustannie podróżuje. Na przykład nie mając dość czasu na zwiedzenie pałacu Topkapi w Stambule, Hanka i Paweł wdepnęli więc na chwilę do haremu. Niegdyś pełno było tam dziewczyn, sułtani różnie je traktowali. Niektórzy w ogóle unikali kontaktu z odaliskami, niektórzy swą miłość skupiali na jednej z nich: „Dyrekcja muzeum haremu jest w posiadaniu listów sułtana, który nieszczęśliwie zakochał się w swej poddanej pozostającej do jego dyspozycji. Ta wolała jednak być mu uległa fizycznie, niż kochać go prawdziwą miłością. Sułtan narzeka w liście, iż widocznie tak musi być, że polityka i miłość nie idą w parze”. Autor analizowanej tu książki, zamiast wpaść w panikę, spokojnie i z korzyścią odniósł tę informację do siebie. Pisze: „Słysząc to, poczułem się raźniej. W mojej miłości do Hanki polityka okazała się również poważnym utrudnieniem, choć nie poddaliśmy się, nasz związek nie został naruszony”.

Najbardziej zaciekawiła mnie refleksja nad – mówiąc górnolotnie – człowieczeństwem w przypadku kogoś, kto jest asystentem polityka, czyli człowieka władzy. Skromniej, jak pozostać człowiekiem, będąc u władzy – na samym jej szczycie. Autor chwali się, iż w swoim życiu odczuł ciężar polityki, ale miłość do Hanki zwyciężyła.

W autobiografii Bożyka ważą się argumenty za i przeciw wdaniu się w politykę. Dochodzi w niej z jednej strony do identyfikacji autora z sobą jako podmiotem opisywanym, z drugiej zaś żywa jest troska o zachowanie wobec siebie krytycznego dystansu. Wobec siebie i wobec miejsca pracy, wobec KC, kuźni myślenia mniej lub bardziej utopijnego. Podjął się roli konsultanta w przekonaniu, że opłaca mu się być blisko wielkiej historii, przed którą i tak nie ma ucieczki. Uznał, że warto podjąć takie ryzyko.

Był to rodzaj leczenia się z frustracji po tym, jak mu odmówiono paszportu i udaremniono wyjazd na Zachód. Tak czy inaczej, młody profesor lgnął do władzy. Nieżyczliwi mu nazywali to po swojemu: że jest to kompromitujące zaprzedanie się jej. Posłuchajmy: „Czy mogłem odrzucić ofertę Gierka? Teoretycznie mogłem, w praktyce jednak nie potrafiłem tego zrobić. Czy chłopak, który piętnaście lat wcześniej przyjechał do Warszawy z prowincjonalnego domu dziecka, nie znając tu dosłownie nikogo, mógł oprzeć się takiej propozycji?”. Oczywiście, że nie mógł. Zresztą oczekiwania Edwarda Gierka były umiarkowane, on potrzebował asystenta, który pomógłby mu – najogólniej rzecz ujmując – w opanowaniu i zrozumieniu problematyki ekonomicznej. Nie chodzi o pisanie przemówień, od tego są inni, poza tym szef sam potrafi przemówić: „Chodzi o przygotowanie tez do takich wystąpień”. Od czasu do czasu trzeba mu też podrzucić w pigułce informacje na temat tego, co dzieje się w gospodarce światowej i jaki ma to wpływ na gospodarkę polską. Współpraca z Gierkiem musi być otoczona dyskrecją. Paweł Bożyk czuje, że ta propozycja to duży awans, ale i duże niebezpieczeństwo. Stanowisko, które obejmie, miałoby na szczęście charakter merytoryczny, nie polityczny. Gierek to technik, więc rola doradcy sprowadzałaby się do wyjaśniania pierwszemu sekretarzowi wszystkich zawiłych spraw ekonomicznych. Hanka Bożyk, piękna i mądra żona, jest za: „Znam twoje poglądy, słucham tego, co mówi Gierek. Widzę w tym jakąś zbieżność. Obu wam nie są obce warunki codziennego życia robotników, chłopów, obaj przeszliście trudną drogę”. Kiedy się wreszcie po raz pierwszy spotkają, Gierek wyjawi wprost, że potrzebuje pomocy Pawła, którego z rozpędu i niezasłużenie, niejako na wyrost nazwie towarzyszem: „Nie mam czasu czytać fachowych gazet, nie biorę udziału w dyskusjach ekonomistów, nie wiem więc, czy to, co my robimy w Polsce, jest zgodne z tym, co robią inni. Chciałbym was prosić o to, byście co jakiś czas, zwłaszcza wtedy, gdy w świecie mają miejsce jakieś nadzwyczajne wydarzenia gospodarcze bądź też wydarzenia polityczne wpływające na gospodarkę, informowali mnie o tym”. A więc informacja na wagę, by tak rzec, politycznego złota. Polityk niepoinformowany w porę, to ślepiec z białą laską, którą ostukuje powietrze: „Możecie informować w różny sposób, pisząc krótkie raporty lub też osobiście. Jeżeli chodzi o osobiste spotkania ze mną, nie będzie łatwo, drzwi do mojego gabinetu będą często okupowane, bo chętnych do rozmowy jest wielu i co gorsza, większość z nich to ludzie ze szczytów władzy. Nie zrażajcie się tym, będziecie mieli pierwszeństwo”. A więc widzimy, że Bożyk jak wóz strażacki, jak pogotowie medyczne czy techniczne ma status pojazdu uprzywilejowanego. Zresztą gmach KC jest ostro monitorowany. Przedsięwzięte są tu szczególne kroki. Przekonał się o tym Bożyk w pierwszych dniach pracy.

Na pytanie, czy podoba się mu nowa polityka gospodarcza, Bożyk odpowiada śmiało: „Po pierwsze, podoba mi się to, że jest ona otwarta na świat. Po drugie, podoba mi się orientacja polityki na postęp technologiczny. Po trzecie, popieram wykorzystywanie kredytów zagranicznych do finansowania rozwoju polskiej gospodarki. Wiem, że macie daleko idące plany dotyczące rozwoju przemysłu, rolnictwa, budownictwa mieszkaniowego, sfery socjalnej, a także infrastruktury. Chcecie stworzyć miliony nowych miejsc pracy, podnieść poziom życia Polaków. To są bardzo ambitne plany, pamiętajcie tylko: nie naruszcie makroproporcji gospodarczych, zwłaszcza jej równowagi, bo wtedy wszystko weźmie w łeb, ale to już inna sprawa, wykraczająca poza zakres dzisiejszej rozmowy”. Gierek był bardzo, ale to bardzo zadowolony, gdyż z kompetentnych ust usłyszał potwierdzenie swoich wyobrażeń o strategii rozwoju Polski.

W pierwszych dniach pracy nikt się Bożykiem nie interesował, więc zajął się uporządkowaniem gabinetu: „Nie miałem pojęcia, kto przede mną w nim siedział. Szafa wypełniona była jakimiś rupieciami, podobnie biurko. Posprzątałem osobiście, spakowałem zbędne rzeczy, część do znalezionej w szafie tekturowej walizy, i wszystko zaniosłem do męskiego WC, który znajdował się po przeciwnej stronie korytarza, dwa pokoje dalej. Nie minęło 10 minut, gdy usłyszałem na korytarzu głośne rozmowy, bieganinę, a nawet krzyki. Była to sytuacja nienormalna, zwykle panowała tu absolutna cisza. Wyszedłem więc i zobaczyłem, że przedmiotem szczególnego zainteresowania umundurowanej i nieumundurowanej służby strzegącej gmachu jest męska toaleta”. Wybuchając śmiechem, asystent Bożyk podszedł do tego „dziwnego” pakunku, otworzył go, pokazując rupiecie. Wszyscy odetchnęli z ulgą, bo okazało się, że nie był to materiał wybuchowy, nie była to dynamitowa zasadzka. To zdarzenie pokazuje, jak łatwo wziąć kogoś za terrorystę.

Gmach KC był, jak widać, pod czułą ochroną. Sekretarze pracowali w swoich gabinetach non stop, bez wytchnienia. W ciszy pełnej anonimowej powagi. Bożyk czuł się tu jak samotna wyspa. Wiedział, że musi przygotować dla szefa jakiś bombowy wątek. Potencjalnie tematów było bez liku. Sytuacja była sprzyjająca, gdyż Gierek, przynajmniej dotychczas, nie był skory do łajania kogokolwiek. Z natury był człowiekiem łagodnym, ugodowym. Trzeba tylko utrafić w jego gust, w jego pragnienie. Chodziłoby więc o taki temat, który wykazałby erudycję szefa, oblatanie w problematyce międzynarodowej.

Ciotka Hanki nie miała nic przeciwko współpracy z Gierkiem: „Wraz z upływem lat wchodziłem do rodziny książąt i fabrykantów coraz głębiej. Któregoś roku na zjeździe rodzinnym posadzono mnie na miejscu honorowym, co było dla mnie całkowitym zaskoczeniem. Przecież jeszcze nie tak dawno uważano mnie w tej rodzinie za intruza”. Ciekawie wyglądała drużyna polityczna Gierka. Ważną postacią był Franciszek Szlachcic, któremu I sekretarz powierzył opiekę polityczną nad badaniami naukowymi, postępem technicznym, informatyką. Edward Babiuch był klasycznym technokratą, dobrze zorganizowanym, elegancko ubranym, kulturalnym. Jan Szydlak wyglądał na klasycznego aparatczyka, chwilami rubasznego, kiedy indziej poważnego: nadzorował sprawy ekonomiczne. Znajomość problematyki gospodarczej nie stanowiła jego mocnej strony, ale nie przeszkadzało mu to czuć się panem na tym stanowisku. Z jego inicjatywy wygłaszano dziesiątki referatów, dyskusje trwały godzinami. Jerzy Łukaszewicz był sekretarzem do spraw propagandy. Wincenty Kraśko, człowiek niezwykle kulturalny, humanista, dobrze wykształcony i oczytany. No i Ryszard Frelek, który specjalizował się w problematyce stosunków międzynarodowych: „Gabinet Frelka był olbrzymi, co najmniej pięć, sześć razy większy niż mój pokój. Niewiele różnił się od gabinetu I sekretarza. W jego skład wchodził sekretariat, część główna podzielona na dwa sektory: konferencyjny, z wysokim długim stołem i wieloma krzesłami, oraz recepcyjny, z niskim stolikiem, kanapą i kilkoma fotelami. Na zapleczu gabinetu był mały pokój wypoczynkowy, gdzie goście sekretarza mogli coś zjeść (jedzenie przynoszono z kuchni), wypić kawę, herbatę czy koniak, a gospodarz w chwilach wolnych (gdy na przykład pracował do późna w nocy) mógł chwilę odpocząć bądź wręcz zdrzemnąć się na stojącej obok kanapie. Gabinety pozostałych sekretarzy były niemal identyczne”. W ciągu kilku miesięcy Paweł Bożyk złożył wizyty u wszystkich sekretarzy, odpowiadając na ich zaproszenia. Zauważył, że sekretarze różnili się między sobą diametralnie. Wszyscy byli zapracowani, ale Gierek najbardziej – od rana do późnego popołudnia w kolejce oczekiwały dziesiątki osób z kraju i z zagranicy.

Był rok 1974. Kraje zrzeszone w OPEC kilkakrotnie podniosły cenę ropy. Ten fakt sprawił, że rozpoczął się proces schyłkowy polityki Edwarda Gierka. W tym momencie Paweł Bożyk poczuł, że polityka zaczęła wciągać go na całego: „Wprawdzie nie podejmowałem żadnych decyzji, które dotyczyłyby bezpośrednio bieżącej praktyki, ale obcowanie z polityką znalazło się nagle na pierwszym planie, spychając w cień rodzinę”.

Powinien spać, a on siedział przy biurku i myślał o jutrzejszej rozmowie z Gierkiem. Wszystko będzie zależeć od tego, czy uda mu się zainteresować szefa tematem. Hanka wtargnęła do gabinetu, była zdenerwowana: „Czy ty przypadkiem nie przesadzasz z tym siedzeniem przy biurku? Przecież poza pracą jest coś jeszcze, rodzina: Piotrek, ja. Po co ja, głupia, namówiłam cię na tę pracę, co mi strzeliło do głowy? Chyba tylko to, że chciałam utrzeć nosa tym wszystkim, którzy się od nas odwrócili, jak nie pojechałeś do Waszyngtonu. Ale to nie ma sensu. Straciłeś stanowisko w instytucie, gdzie czułeś się dobrze, miałeś dużo swobody, nieźle zarabiałeś, często wyjeżdżałeś za granicę. A teraz? Praktycznie nic. Co z tego, że spotykasz się z ludźmi, o których piszą w gazetach i pokazują w telewizji? Oni myślą tylko o swojej karierze, szkodzą sobie wzajemnie, społeczeństwo to dla nich margines. Przecież to jest zupełnie co innego, niż sobie wyobrażałeś”.

Właśnie nie wyobrażał sobie, że tak trudno w gmachu KC świadczyć usługi konsultingowe. Wprawdzie wiedział, że świat polityki nie jest dla słabeuszy i cieniasów, ale nie przypuszczał, że tu trzeba strategicznie walić, inaczej w ciebie walną. Rodził się w nim duch przekory. Aparat partyjny (ci idioci!) wierzy, że gospodarka jest sprawą starannego planowania. Tymczasem ona jest tak samo żywiołowa, jak wojna, która spontanicznie wybucha. Był zdumiony sobą jako narratorem, który w świecie partyjnej polityki mówił jedno, a w domu, gdzie było bezpieczniej, na myśli miał drugie.

Niby skierował się do łóżka, ale był zdenerwowany wątpliwością, czy uda mu się zainteresować I sekretarza: „Akurat teraz nadarza się okazja, bo w świecie szykuje się istna rewolucja ekonomiczna i technologiczna. Gierek powinien wziąć ją pod uwagę w dalszej polityce; jeżeli tego nie zrobi, wówczas cały jego dotychczasowy wysiłek na nic. Jutro mam zamiar wyłożyć to wszystko Gierkowi. Zobaczę, jak on na to zareaguje. Zaproponuję mu zaradzenie najgorszemu. Tym razem chodzi o całą, i to nie tylko moją, przyszłość”.

Najważniejsze to przewidywanie, że wzrost cen ropy naftowej doprowadzi do rewolucji technologicznej w świecie i poszukiwania rozwiązań oszczędzających energię. Musimy jak najszybciej pójść śladami Japończyków, ograniczając import starych technologii, tych, które powstały w warunkach przedkryzysowych, czyli taniej energii i obfitych zasobów surowcowych w świecie.

Gierek nie tylko słuchał, ale i raz po raz pytał, co Polska powinna zrobić w tej sytuacji. Nie zwiększać, Bożyk na to, nie zwiększać tak szybko importu maszyn i całych fabryk z Zachodu, bo choć jak na nasze warunki są one nowoczesne, to z punktu widzenia tego, co dzieje się w świecie, są już przestarzałe, bo produkowane przez nie towary są energo- i materiałochłonne. Po drugie, z biegiem czasu coraz trudniej będzie nam spłacać import tych fabryk towarami przez nie produkowanymi, bo Zachód będzie w ogóle ograniczał import, a wyrobów energochłonnych w szczególności. Wniosek z tego prosty: więcej umiaru w polityce inwestycyjnej, więcej umiaru w polityce importu fabryk z Zachodu, bo nawet jeśli dzisiaj oferowane nam kredyty na zakup tych fabryk są bardzo tanie, to biorąc pod uwagę wszystkie te okoliczności, może wyjść nam to bokiem.

Gierek nie wytrzymał: Jak to bokiem?! Jak wybudujemy fabrykę, to będziemy ją mieli, nikt nam jej nie zabierze. Przez lata będziemy mogli w tej fabryce wytwarzać samochody i tysiące innych towarów, których Polacy tak bardzo potrzebują.

I tu, w odczuciu Bożyka, z Gierka wyszedł cały inżynier; najważniejszy jest towar, a nie jakieś tam enigmatyczne problemy ekonomiczne. Wy jesteście od decyzji, kontynuował wywód mimo zdenerwowania, a ja od ostrzegania was przed pochopnością tych decyzji. Idąc dziś do was z tymi ostrzeżeniami, zdawałem sobie sprawę z faktu, że one was zranią, bo to wy jesteście ojcem strategii dynamicznego rozwoju finansowanego w dużym stopniu przez kredyty zagraniczne. Do niedawna strategia ta była bez zarzutu, bo nie było problemu drogiej energii i drogich surowców. Technologie zachodnie, choć energo- i materiałochłonne, można było uważać za nowoczesne. To, co zrobiliście w latach siedemdziesiąt jeden – siedemdziesiąt trzy, uznać trzeba jako prawidłowe, dla Polski niezwykle korzystne. Ale czas płynie, warunki się zmieniają, to, co było nowoczesne wczoraj, dziś staje się przestarzałe. Trzeba więc na politykę ekonomiczną patrzeć elastycznie, przez pryzmat zmieniających się warunków.

Gierek podziękował, zastanowi się, przemyśli. W dużej części, powiedział, są to na razie przewidywania, a my musimy codziennie podejmować decyzje dotyczące konkretnych spraw, akceptować bądź odrzucać propozycje nowych inwestycji finansowanych przez zachodnie banki. Zapewne będziemy wracali do tego tematu nie raz i nie dwa.

Bożyk wdepnął w rolę Kasandry. Jestem tu po to – pocieszał się – żeby uprzedzić o wydarzeniach, których jeszcze nie ma, ale które będą. Mamy w tej chwili siedemdziesiąty czwarty rok, za dwa lata pojawią się poważne kłopoty gospodarcze, a za następne dwa, trzy nadejdzie kryzys i wymiana ekipy. Procesy ekonomiczne postępują nieubłaganie, czy się tego chce, czy nie. To tak jak z chorobą, nieleczona zawsze doprowadzi do zgonu. Jeżeli Gierek jest samobójcą, to niech postępuje tak dalej, żyjąc obecną chwilą, kiedy jeszcze nie widać tendencji kryzysowych w całej pełni. Ale lepiej, jakby uwierzył, że te tendencje trzeba odwrócić. Tu nie chodzi o mnie i moją pozycję, tu chodzi o szefa, jego ekipę i wiarygodność kraju.

Nuda zaczęła dopadać Bożyka. Zastanawiał się nad sytuacją, w jakiej od paru lat się znajdował. Na początku wszystko wydawało się nowe: „ludzie, otoczenie, świadomość uczestniczenia w ważnych wydarzeniach politycznych. Z biegiem czasu jednak życie w KC spowszedniało. Ludzie z pierwszych stron gazet po bliższym poznaniu stali się mało interesujący, wydarzenia polityczne nabierały ostrości, zmuszając polityków do radykalnych rozwiązań, których jednak nie było”.

Gierek umiał obłaskawiać ludzi: „Od wielu lat nie zmienialiśmy cen, rodzi to dodatkowy popyt i sprzyja marnotrawstwu. Mógłbym tu wymienić jeszcze wiele problemów, przed którymi stoi Polska. Nie myślcie, że bujam w obłokach, wręcz przeciwnie, twardo stąpam po ziemi i wiem, czego Polakom potrzeba. Dlatego też zrobilibyście mi wielką przyjemność, gdybyście wycofali tę rezygnację. Pracujemy już prawie cztery lata, w tym czasie bardzo mi pomogliście. Poznaliśmy się wzajemnie, nabraliśmy do siebie zaufania. Wiem, że jesteście porządnym człowiekiem, zdolnym i pracowitym. Mieliście trudne życie, ale jakoś sobie poradziliście. No co, wycofujecie rezygnację? A tak prawdę mówiąc, to wolałbym do was mówić po imieniu. Zgadzacie się na to? Tak? To dobrze. Jesteś przecież młodszy od mojego syna Adama. To nie tak, że ja ciebie nie słucham. Wręcz przeciwnie, bardzo przejmuję się tym, co mi przekazujesz. Ale nie mogę od razu zmienić kursu polityki o sto osiemdziesiąt stopni, muszę poza tym uzyskać przychylność całego otoczenia, członków Biura Politycznego i Komitetu Centralnego, rządu, no i społeczeństwa. Trzeba to robić stopniowo, najpierw tłumacząc przyczyny. Przekazuj mi jak dotychczas także te najgorsze wiadomości, nie przejmuj się tym, że ja nie cieszę się z tego powodu”.

Gierek od chwili nieudanej podwyżki cen żywności był przygaszony, stracił poczucie humoru, nie dowcipkował. Było to zrozumiałe po tym, co stało się w Radomiu, Ursusie i innych miejscach w kraju. Nic też dziwnego, że nagle złożył rezygnację. Ale Biuro Polityczne nie chciało słyszeć o dymisji. Generał Wojciech Jaruzelski miał łzy w oczach: „Towarzyszu Edwardzie, Pierwszy Sekretarzu, czy zdajecie sobie sprawę z tego, do czego doprowadziłaby wasza rezygnacja w armii? Do jej osierocenia. W imieniu żołnierzy, tych szeregowych i całego dowództwa, proszę was, wycofajcie tę decyzję, będziemy wam wszyscy za to bardzo wdzięczni”.

Utworzony został Zespół Doradców Naukowych I Sekretarza KC PZPR, który wieścił niepomyślność gospodarczą: „Polska szybkimi krokami zmierza ku kryzysowi i tylko radykalne działania mogą temu zapobiec”. Gierek polemizował z tezami wypowiedzi członków zespołu: „Mówicie, że kryzys nadciąga nieubłaganie, ale przecież tyle wybudowaliśmy, popatrzcie na Warszawę, to przecież inne miasto niż w latach sześćdziesiątych, tyle nowych mieszkań, nowe trasy: Łazienkowska, Wisłostrada, nowe dworce, nowe połączenia kolejowe. Popatrzcie na Polaków, inaczej ubrani, a ile samochodów, telewizorów, sprzętu AGD. Jak więc możecie mówić, że jest kryzys? Kryzys byłby wtedy, gdyby było gorzej niż poprzednio, a jest przecież lepiej”. Było lepiej z perspektywy inżynierskiej mentalności Gierka. Trzeba więc było cierpliwie tłumaczyć Sekretarzowi, dumnemu z przyrostu produkcji, na czym polega kryzys w gospodarce.

Czas nabierał złowieszczego przyspieszenia, sytuacja się dramatyzowała: „W końcu lat siedemdziesiątych istniały już ograniczone możliwości przeciwdziałania nadciągającemu szybko kryzysowi. Można było co najwyżej zmniejszyć tempo pogłębiania się tego kryzysu, m.in. poprzez ograniczanie napływu pieniądza na rynek, zwiększenie dostaw towarów itp. Wykorzystywały to wtedy jeszcze nieliczne grupy tzw. kontestatorów, potem nazywanych opozycjonistami, których w Polsce nigdy nie brakowało. Początkowo ton ich opracowań był ostrożny, nie było mowy o zmianie ustroju politycznego, nie krytykowano osobiście Gierka, główne ostrze krytyki skierowane zostało w stronę rządu i jego polityki ekonomicznej. Do Gierka dochodziły fragmenty tej krytyki, chciał jednak koniecznie wiedzieć, kto krytykuje, w jakiej formie ta krytyka jest formułowana i czy dotyczy bezpośrednio jego osoby”.

I Sekretarz poprosił, by Bożyk dostarczył mu opracowania grup dysydenckich. Wymienił pewne nazwiska: „krytycy ci jeszcze nie trafili do Ursusa, Radomia, do stoczni gdańskiej i szczecińskiej, oderwani więc byli od robotników, którzy później stanowili ich główne oparcie”.

Czarne chmury zbierały się nad rządzącymi: „Gierek miał jeszcze dużo siły politycznej, by dokonać głębokich zmian w kierownictwie partii i w rządzie. Próbowałem dać mu delikatnie do zrozumienia, że to tu, w KC, za jego plecami montuje się stopniowo program zmiany na stanowisku I sekretarza”. Towarzysze z Biura Politycznego nie przepadali za Gierkiem, który w centrum swego zainteresowania stawiał rodzinę, a zwłaszcza żonę: „Gierek najlepiej czuł się w domu, choć od wielu lat nie miał prawdziwego mieszkania”. Jego żona była kobietą sympatyczną i skromną. Gierek lubił przebywać w jej towarzystwie. Dom w Klarysewie traktował jako bastion trudny do zdobycia przez postronnych: „Uważał swoje życie prywatne za wyłączną własność”. Zarzut, że Gierek był leniwy, mija się z prawdą. On tylko nie lubił siedzieć godzinami w biurze, bo byłaby to praca nieproduktywna.

Najczęściej bywał u Gierka Stanisław Kania, który najprawdopodobniej referował raporty tajnych służb na temat atmosfery politycznej w partii i państwie. Wiele czasu zajmował również Gierkowi Jerzy Łukaszewicz, który odpowiadał za sprawy propagandy. Z kolei najczęstszym gościem w biurze Łukaszewicza był Jan Pietrzak, szef kabaretu „Pod Egidą”, który potem zasłynął piosenką Żeby Polska była Polską. Wizyty Pietrzaka u Łukaszewicza miały ściśle określony cel – uzyskanie przyzwolenia sekretarza na krytykę kogoś z establishmentu.

A więc kabaretowa krytyka polityków była ukartowana na bardzo wysokim szczeblu. Wydaje się czymś śmiesznym słyszeć, jak po latach Pietrzak kreuje się na opozycjonistę, który walczył z komuną do upadłego.

Opracowanie, które Bożyk właśnie ukończył i przekazał Gierkowi, nie zostawia suchej nitki na szczytach władzy. To na nich wskazał jako na głównych winowajców pogarszającej się sytuacji gospodarczej, a w ślad za tym politycznej w Polsce. Gierek, premier i dwóch wicepremierów analizę przeczytali i doszli do wniosku, że nie jest tak tragicznie. Oczywiście w gospodarce są pewne sektory, gdzie dzieje się niedobrze, a nawet, mówiąc dosadnie, źle. Ale jaką część całości stanowią te sektory? Nie więcej niż dziesięć procent. Resztę stanowią sektory rozwijające się pozytywnie. Wprawdzie to jest punkt widzenia Piotra, Mietka i Kazimierza, ale jest on Gierkowi bliski, właściwie to się z nim zgadza. W tym momencie Bożykowi puściły nerwy: „Jeżeli ich będziecie słuchać i z nimi się zgadzać, to wkrótce wyrzucą was z tego gabinetu na zbity pysk!”.

Ten wybuch może Bożyka drogo kosztować: „Z jednej strony miałem poczucie winy, bo przesadziłem z emocjami, z drugiej – czułem się jak bohater, odważyłem się wywalić prawdę prosto w oczy; prawdę, o której wszyscy wiedzieli, choć o niej nie mówili. Jakie to będzie miało dla mnie znaczenie? Pozytywem jest na pewno to, że wyplączę się z tej sytuacji. Czasy nadchodziły trudne i znajdowanie się w okolicach władzy było co najmniej niebezpieczne. Lepiej było stamtąd uciekać. Ale przewidywałem też kłopoty, jakie mogą mnie spotkać po wyrzuceniu z pracy. Znajdą się przecież nadgorliwcy, którzy będą mnie za to ścigać”.

Aby się upewnić, czy ma poparcie, Gierek zarządził spotkanie w Cegielskim. Nazajutrz, gdy tylko w Poznaniu I sekretarz wyszedł z samolotu na płytę lotniska, powitała go grupa dziewcząt ubranych w stroje regionalne, wręczając bukiety pięknych róż. Po drodze do fabryki minibus był zatrzymywany jeszcze kilka razy, bądź to przez dziewczęta, bądź to przez chłopców w ludowych strojach. W Cegielskim Gierek odwiedził wszystkie wydziały, gdzie praca wrzała na całego. Potem odbył się wiec, na którym pochwałom pod adresem I sekretarza nie było końca. W niektórych wystąpieniach Gierka nazywano nie tylko przywódcą partii, lecz także przywódcą narodu.

Gierek był naprawdę zadowolony. W drodze powrotnej i w Warszawie uśmiechał się do przyszłości, a ta uśmiechała się do niego: „Bardzo się wsłuchiwałem w reakcję sali i jestem przekonany, że sala przyjęła mnie dobrze. Mam nadzieję, że już dowiedzieli się o tym ci wszyscy, którzy mącą, zwłaszcza towarzysze z tego gmachu. Niech wiedzą, że mam jeszcze duże poparcie, zwłaszcza tam na dole, u robotników. Nie będzie tak łatwo usunąć mnie z tego fotela, mimo że bardzo im się spieszy. Niech ta rozmowa zostanie między nami”.

Trwały przygotowania do strajków zarówno na Wybrzeżu, jak i w innych regionach kraju. Gierek był wyraźnie zmęczony. Kania i Jaruzelski, obaj ostentacyjnie przygotowywali się do przejęcia władzy. Gierek był człowiekiem prostolinijnym, a zarazem łatwowiernym. Na dymisję Jaroszewicza zgodził się pod naporem argumentów ze wszystkich stron. Kania i Jaruzelski twierdzili, że to osoba premiera w opinii Polaków obciążona jest odpowiedzialnością za błędy w polityce gospodarczej. Jego pozostawanie na tym urzędzie pośrednio obciąża Gierka, odejście Jaroszewicza oczyści atmosferę polityczną i odsunie od Gierka krytykę. W tym zawierał się perfidny podstęp. Sytuacja przedstawiała się zupełnie odwrotnie. Pozostawanie Jaroszewicza na stanowisku premiera odciągało krytykę od Gierka i kierowało ją w stronę rządu.

Sytuacja polityczna w kraju była nieporównanie bardziej napięta niż przed wyjazdem Gierka na urlop. Na Wybrzeżu wrzało, robotnicy formułowali coraz więcej żądań, znaczna ich część w warunkach wymęczonej strajkami gospodarki była nie do zrealizowania. W gabinecie Kani bez przerwy siedział Wojciech Jaruzelski. Praktycznie to ten tandem podejmował już większość decyzji politycznych.

Formalnie Gierek wciąż był I sekretarzem. Do niego należało podejmowanie najważniejszych decyzji. Wypoczęty, z nowymi siłami rwał się na Wybrzeże. Uważał, że dogada się z robotnikami oraz ich przywódcą Lechem Wałęsą. Wierzył w swoją charyzmę i zdolności do porozumienia się nawet w bardzo trudnych okolicznościach. Zwłaszcza że Stanisław Kowalczyk jako minister spraw wewnętrznych zakomunikował, a właściwie oficjalnie poinformował, że Wałęsa to nasz człowiek, współpracujemy z nim, także finansowo, już od siedmiu lat: „Jestem więc pewien, że się dogadamy”. Na to Gierek: „Rozmawiajcie z nim, nie róbcie mu krzywdy”.

Gierek był coraz bardziej izolowany, jego gabinet był na podsłuchu: „Dwa lata temu powiedziałeś mi, że wkrótce zostanę wyrzucony ze stanowiska przez kolegów z Biura Politycznego. Wydaje mi się, że właśnie nadszedł ten moment. Siedzę tu sam, nikt do mnie nie dzwoni i nikt nie przychodzi. Widać ktoś inny już rządzi partią, ktoś inny rządzi Polską. Siedząc tak samotnie, wpadłem na pomysł, byśmy jutro obaj polecieli do Gdańska i spotkali się z Wałęsą. Zaraz zamówię samolot. Powiem Wałęsie, że jako I sekretarz, jestem nim przecież nadal, bo nikt mnie ze stanowiska oficjalnie nie zdjął, zgadzam się na w pełni demokratyczne wybory. Zobaczymy, jaka będzie reakcja, mam nadzieję, że pozytywna. Pokrzyżuję Kani i Jaruzelskiemu ich plany, bo jestem pewien, że oni coś knują przeciwko mnie. Wylot o dziewiątej”.

Do spotkania z Wałęsą nie doszło. Zresztą przywódca sierpniowego strajku chciał remontować system socjalistyczny i obcy mu był zamiar wywrócenia ustroju. Bożyk chwali się, że był człowiekiem na właściwym miejscu, potrafi bowiem na gospodarkę patrzeć obiektywnie – nieuprzedzonym ideologicznie okiem. Nie manifestuje swego podziwu dla Gierka. Okazuje się, że KC miało zaszczyt zatrudniać „liberalnego” ekonomistę. Ja sam posługuję się minimalną ironią. Nie chcę być posądzony, że niesprawiedliwie oceniam Bożyka. Los nie szczędził mu cierpień. A życie – rozczarowań. On się dobrze czuje, gdy spotyka problem i go rozwiązuje. A czuje się jeszcze lepiej, gdy problem, który rozwiązuje, stawia opór. Słowem, gdy piętrzą się problemy. To ich piętrzenie się rzuca mu wyzwanie. Podejmując coraz trudniejsze wyzwania, poznaje siebie pełniej. Opowiadając, zgłębia on różne aspekty swego życia. Poprzez opowieść możemy wyrobić sobie ogólny obraz sytuacji autobiografa. Opowiadając, autor daje nam sposobność wglądu w jego świat. Zresztą on nie tylko opowiada swoją historię, on ją także wyjaśnia – sobie i czytelnikowi. Poszukując ojca, odbył podróż do Związku Radzieckiego. Ten kraj poczęstował go olbrzymią przestrzenią, alkoholem i wszędobylską administracją – zamordyzmem. Trzeba się meldować w miejscu pobytu. A wcześniej trzeba oczywiście mieć zaproszenie. Paweł Bożyk upodobał sobie opowieści o zagranicznych podróżach.

Dyskurs turysty w tej książce jest wszechobecny i wszechwładny. Raz po raz w grę wchodzi jakaś eskapada, z reguły podróż służbowa, bo to taniej i bardziej prestiżowo. Polak buszujący za granicą więcej znaczy niż ten spotkany w skromnym kraju. Dla kogoś takiego jak ja, który nie cierpi wycieczek, dyskurs turystyczny jest zwykłą paplaniną. Tymczasem ta trywialna paplanina wydaje się Bożykowi czymś uwznioślającym, a zarazem kompensującym braki arystokratycznego pochodzenia. Jest to spóźniony, ale psychicznie i duchowo nagradzający odwet, rodzaj zemsty na ciotce Hanki za upokorzenie płynące z aktu odrzucenia, że chłopak znikąd nie pasuje do wyższych sfer, bo nisko urodzony. Jego pragnieniem było budzić podziw i w ten sposób – poprzez szeroko pojęte osiągnięcia – przestać być człowiekiem znikąd. Systemowo, ale też na oślep rzucał się w wir pracy i podróży zagranicznych. Kierował swą uwagę w stronę najbardziej istotnych zagadnień, żeby zasłużyć na uznanie otoczenia. Spotykał się z możnymi tego świata: na przykład z cesarzem Japonii, z królowymi angielską i holenderską, z prezydentami różnych krajów. Wiele wskazuje na to, że chciał pobić rekord w dziedzinie zagranicznych podróży. W każdym razie na tym polu nikt nie może się równać z chłopakiem znikąd, który stał się istotą zewsząd, po prostu człowiekiem świata. Bożyk był jak Gagarin, kosmonauta, który okrążył kulę ziemską.

Wystarczy, jak widzimy, raz szczęśliwie przekroczyć próg świata, by ten stał się naszym domem. Bożyk jako globtroter nigdy nie jest tu, lecz zawsze tam. Będąc wybitnym ekonomistą, umiejętnie tworzył napięcie pomiędzy sobą a światem. Radził sobie w nim tak samo dobrze, jak we własnym kraju. Pomaga mu wykształcenie: swym ekonomicznym spojrzeniem obejmuje całość globu. Najważniejsze, że nie boi się świata. Byliśmy zamkniętym krajem, aż tu jest ktoś, kto bezustannie przekracza granice – jest wolny jak ptak. Na tle zniewolonych Polaków Bożyk wygląda na bożka, na idola. Urasta do rangi symbolu zagranicznych podróży. Chłopak znikąd, kolekcjonując przeżycia związane ze zwiedzaniem świata, staje się człowiekiem światowym. Nic dziwnego, przecież człowiek światowy jest jego ideałem. Podróżami ma możliwość zapuścić korzenie, gdzie tylko zapragnie, czyli wszędzie. Tak oto staje się autentycznym mieszkańcem świata. Wprawdzie był chłopakiem znikąd, ale wcześnie znalazł prawdziwą miłość i to ona właśnie ustawiła go na całą przyszłość. Dzięki temu jego życie psychiczne i emocjonalne jest bogate. A byłoby puste, gdyby nie Hanka. Pragnął miłości w najwyższej formie, pragnął też prawdziwego oddania – i właśnie to wszystko znalazł.

Bożyk jest tak zdolny, że jakikolwiek cel sobie postawi, osiągnie go. Nie jest więc rozczarowany, sfrustrowany. Jest ambitny, ale ambitny realistycznie. Załatwianie życiowych spraw przychodzi mu bez trudu. Czuje, że stać go na więcej, z tym że to więcej już osiągnął. Na swej drodze spotyka ludzi, którzy nie osiągnęli celu, porównują więc rzeczywistość z własnymi ambicjami, by stwierdzić, że życie ich rozczarowało. Nie pije, nie pali, nie leni się. Gdy Bożyk porównuje rzeczywistość z własnymi ambicjami, widzi czarno na białym, że życie go nagrodziło. To, co dzieje się w rzeczywistości, w obiektywnym świecie, jest czymś adekwatnym do jego zamiarów, intencji, celów. Nie ulega poczuciu rezygnacji, gdyż jest w stanie osiągać coś więcej niż to, co już osiągnął. Gdyby był tytuł „profesor do potęgi”, to Bożyk taki tytuł by osiągnął jeszcze w tym życiu. Jest bowiem tak fenomenalnie uzdolniony. Byłby wręcz dumny z siebie, gdyby nie był tak pracowity. Gdyby nie musiał być pracowitym człowiekiem, byłby naprawdę szczęśliwy. Ale Bóg go pokarał pracowitością.

A teraz w dodatku rozpamiętuje przeszłość. Przed oczyma ma Gierka i jego ekipę. Wiedział od nich więcej i na tej podstawie budował swoją władzę. Wprawdzie wiedział od nich więcej o gospodarce, ale tej przewagi nie wykorzystywał. Jednak nie dało się ukryć konfliktu. Powstał on między ekonomistami a politykami. Czy ekonomista ma być sędzią tego, co jest, a co nie jest realne, co jest, a co nie jest możliwe? Polityk ma swoją opaskę na oczach, a ekonomista swoją. Obydwaj błądzą w ciemnościach. Nie są w stanie odrzucić zakrywającej oczy przepaski. Obydwaj padają ofiarą wyznawanej ideologii czy teorii. Gierek był w miarę otwarty, ale cóż z tego, skoro nie był w stanie skorzystać z perspektywy teoretycznej podsuwanej mu przez doradcę ekonomicznego. Perspektywa polityka i perspektywa ekonomisty to są różne punkty widzenia. Słowem, Bożyk proponował Gierkowi coś, co nie pasowało do jego inżynierskiej perspektywy. Nawet nie chodzi tu o ideologię. Chodzi o małą elastyczność w polu raz podjętych inwestycji, słabą przesterowywalność. Utworzyła się sytuacja, nad którą Gierek już nie miał kontroli. Ekonomia nie zmienia się na życzenie polityków. Bożyk spotykał się z Gierkiem, ale nie widział go od strony mechanizmów wielkiej polityki, wielka polityka bowiem była w Moskwie i w Waszyngtonie. Niemniej zauważył, że partyjni najbardziej bali się posądzenia o sprzyjanie demontażowi PRL.

Autor Hanki, miłości, polityki wie, że najważniejsza jest rzeczywistość – powinien opisywać prawdziwe wydarzenia. Skupić uwagę na kwestiach najistotniejszych. Nas, czytelników, interesują przełomowe momenty artykulacji doświadczenia autobiograficznego podmiotu wypowiadającego się na kartach książki. Nie ma to być błaha gadanina, snując wątek, ma on zgłębiać różne aspekty swego życia. Historia, którą właśnie opowiada, jest dramatem. Umiera to, co kocha. Hanka choruje, gospodarka w opłakanym stanie. Wreszcie ona naprawdę odchodzi. Teraz widać, że sen z nocy poślubnej stał się rzeczywistością. Przez wiele lat był zarysem czy wyobrażeniem jego przeznaczenia: ona ma umrzeć, a on ją opłakiwać.

Po co miał ten sen? Autobiografia jest więc jakimś rodzajem ekspiacji, samousprawiedliwienia. Sądzę, że ci, którzy wciskają nam swoje autobiografie, chorują na niedowartościowanie. Chcą wyrównać rachunki ze światem. Że świat w sumie obszedł się z nimi niesprawiedliwie. Że ich skrzywdził. Mamy ich podziwiać, że oni są wspaniali, zasłużyli na naszą miłość, a my jesteśmy tacy obojętni, nieczuli. Tymczasem trudno jest mi wejść w skórę kogoś, kto goni za dobrami tego świata, nawet jeśli w dużym stopniu są to dobra duchowe. Wydaje mi się, że one tylko udają duchowe, że tylko pozornie są takie, a w istocie są wyłącznie materialne. Właśnie w rzeczywistości mają budować silne ego podmiotu autobiograficznego.

Przez Polskę przetacza się fala autobiografizmu. To jest jak cholera, jak dżuma. Paweł Bożyk jako student posądzał Edwarda Stachurę, że ten stara się prezentować swój korzystny obraz. W przypadku tego wagabundy, który przegrał w karty spodnie, Bożyk wydobywa na jaw mit, legendę. Jednak umyka mu wizjonerska twórczość tego pisarza. Dla Bożyka utrata spodni musiała być nie lada sensacją, jest przecież wrażliwy na atrybuty posiadania. Tymczasem Stachura symbolizuje stan bycia – istnienia, wydarzającej się egzystencji. Właśnie bycie ma to do siebie, że się wydarza. Bliskie jest szczęściu, euforii. Dla Bożyka utrata tego, co się posiada, jest powodem do wstydu, do poczucia przegranej. Całe życie Bożyka krąży wokół dóbr. W tym sensie ma ono charakter ekshibicjonistyczny. Dlatego – zwłaszcza w pierwszej lekturze – sprawił na mnie wrażenie człowieka próżnego, chełpiącego się. Świat dla Bożyka jest pokryty siecią handlowych transakcji. Pełen dumy manifestuje on swoją obecność na rautach. Jest bywalcem w pięciogwiazdkowych hotelach, otacza się celebrytami, stąpa po dziedzińcach prestiżowych uniwersytetów. Słowem, w jego przypadku, jak sądzę, ta gonitwa za symbolami prestiżu ma jeden motyw – głęboko skrywanego poczucia niedopasowania, niepełnowartościowości.

W autobiografii autor zajmuje się własnym życiem. Mimo że studiował ekonomię i wykłada ją, w jego istnieniu osobistym pełno jest zachowań irracjonalnych – podatności na iluzje. Paweł Bożyk próbuje po swojemu, czyli „naukowo” wyjaśnić ich przyczyny. Ludzie chcą czytać biografie, bo to są konkrety. Czytelnicy są ciekawi, jak ktoś sobie radził w życiu. Bożyk rewelacyjnie ustawił się w swoim, z jednym wyjątkiem – chorobą w rodzinie. Ale też w grę wchodziła bezradność wobec zazdrości Hanki o Pawła i wobec zazdrości Pawła o Hankę. Autobiografia jest okazją do doświadczania życia i reaktywowania wspomnień przeszłych uczuć i przeżyć. Autor jest istotą, która potrzebuje ukojenia po stracie, na myśli mam głównie śmierć ukochanej. Miłość jest tu wyjątkowa, wierzymy, że będzie wieczna i jako taka nie może mieć kopii. To uczucie boskie, archetypowe, ono domaga się wyłączności.

Wielokrotnie podkreślamy, że w autobiografii pierwszorzędną rolę odgrywa pamięć – inaczej niż w literaturze fikcji literackiej. Autor ma być świadkiem. Podglądać siebie samego. W pewnym sensie mamy nagromadzenie ról. Piszący jest jednocześnie autorem i odbiorcą, bohaterem i interpretatorem, reżyserem i aktorem. Bywa, że autobiograficzny narrator od czasu do czasu wznosi się ponad swoją rolę rejestratora i sprawozdawcy faktów; zakotwicza się i istnieje w wymiarze symbolicznym; opowiadając o sobie, może też być drugim – kimś innym. W każdym razie ma swoją rolę do odegrania w dramacie życia ukochanej. Sen mu obwieścił, że małżeńską piękność spotka przedwczesny koniec. Oznacza to, że nie będzie się cieszyć długim żywotem. On jest wielkim ekonomistą, ale nie geniuszem i nie cudotwórcą. Nie potrafi uzdrowić gospodarki. Sen konfrontuje go z rozpaczliwą małością, komunikuje daremność istnienia. Stąd krok do spostrzeżenia, że człowiek nie żyje ot tak sobie. Człowiek prowadzi swe życie, kieruje w tę lub inną stronę. Rzeczą istotną jest umieć pokierować w stopniu maksymalnym. I to jak na dłoni wychodzi w autobiografii. Tu widać, jak ludzie się prowadzą, jak kierują swym istnieniem. W co je zamieniają. Jakich zwrotów dokonują, jak tańczą.

Jednocześnie widzimy, że w autobiografii mogę swobodnie zawiadywać czy rozporządzać sobą. Mogę się zdystansować wobec siebie dotychczasowego tak mocno, aż przejdę w swe przeciwieństwo, w swą inność, przeciwstawność. W sumie jednak na placu boju pozostaje człowiek znikąd. Niektórzy wolą myśleć, że Bóg ma taką moc, iż tworzy ex nihilo – z niczego. A ja wolę wyobrażać sobie, że człowiek przybywa znikąd i donikąd odchodzi. Choćby oblegała go rodzina, przyjaciele, znajomi i nieznajomi – jest znikąd i ciąży donikąd. Mówimy, ta droga prowadzi donikąd. I tak jest z drogą człowieka – ona wiedzie w ślepą uliczkę. Choć czasem myślę dość przekornie, że pierwszym wolnym skojarzeniem do człowieka powinna być moc – moc tworzenia. Człowiek to ten, który tworzy świat. Ten świat jest jego własnością – jego wyrazem. Stąd pragnienie odciśnięcia własnego piętna – śladu, obecności. I że to jest w porządku, tak powinno być.

Zapamiętajmy: polityka i miłość nie idą w parze. Pytanie, dlaczego tak się dzieje. Intuicja podpowiada mi, że polityka wsysa człowieka, wyżyma go, pozbawia samoistnej wartości. Człowiek niby tylko pracuje, w istocie żyje dla władzy. Władza stawia go ponad innymi, ale pod zbiorowością, pod masami, pod narodem, pod społeczeństwem. Polityk służy, pełni misję, jest na usługach, jest zawsze do wyższych celów. Owe cele go przerastają, nigdy im nie dorównuje, choćby nie wiadomo jak się starał. Owszem, ma swój wkład, ale zawsze cząstkowy, z dala od pełni. W oparciu o władzę nie można się samorealizować, bo ona jest wydrążona, wiecznie pusta.

Władza ma charakter przejściowy, historyczny. Człowiek, który się identyfikuje z fotelem, z gabinetem, wcześniej czy później doświadczy problematyczności, kryzysu swej przydatności, swej funkcjonalności, a w dalszej perspektywie – swej wartości. Gierek był popularny, budował kraj, ale przeinwestował, padł ofiarą przestarzałych technologii i zaciągniętych kredytów. Zadłużył kraj. No więc jego koncepcja spaliła na panewce. Ekonomista go ostrzegał, ale on zareagował za późno. Do jego polityki wkradła się problematyczność, by nie powiedzieć: irracjonalność. Inny punkt widzenia doszedł do głosu, odsłaniając względność jego projektu politycznego.

Od autobiografii wielu rzeczy oczekujemy, ale przede wszystkim jednego: żeby była szczera, prawdziwa i, daj Boże, przenikliwa. To chyba los tak chciał, że wytypowani autorzy (osoby średnio znaczące, jakby z drugiego społecznego planu) stały się – miejmy nadzieję – wiarygodnymi świadkami gorącej historii czy raczej dziejów. Stawiam na ich pisarską uczciwość. Zakładam, że autobiografia jest tą formą literatury, która zmaga się z autentycznym życiem. Że nie fikcjonalizuje, nie wymyśla zdarzeń, co najwyżej lekko je ubarwia, w ten sposób dodając sobie atrakcyjności ze względu na literacko rozbudzonego czytelnika, który wymaga odrobiny artyzmu.

Z jednej strony przyjemnie jest patrzeć, jak życie zamienia się w opowieść z minimalnym udziałem nas jako czytelników. Z drugiej zaś osobiście mam poczucie nadmiernego zawierzania, a nawet żerowania. Na czym? Chyba jednak na ludzkiej naiwności, na pisarskiej odkrytości. Ktoś mi udostępnia swoje sekrety w zaufaniu i w nadziei, że odniosę się do nich ze zrozumieniem i aprobatą. Tymczasem ja w swoim, jak się okazuje, kruchym odbiorze mimowolnie i niepostrzeżenie zmieniam front. Czytając biografię, czuję, że jest to zaledwie literacka padlina. Niby jestem pełen uznania dla cywilnej odwagi autora, ale to za mało, żeby zachwycać się zawartością cudzych bebechów. Chcę przez to powiedzieć, że sztuka jednak wymaga sublimacji i wyrafinowania. Wymaga rozmarzenia i kontemplacji w jej rozchybotanej przestrzeni. Choć – już chyba z trzeciej strony – przecież liczy się impet surowego życia, energia egzystencji biegnącej na oślep.

Autobiografia stanowi nie lada wyzwanie. Ma szczególne wymagania pod kątem prawdy. Niewiele można nazmyślać, skonfabulować, gdyż w grę wchodzą fakty: autentyczne nazwiska, niezmyślone, udokumentowane nazwy miejscowości. Przestrzeń, w której się porusza bohater, jest realna. Z drugiej strony, gdy taki Gierek już nie żyje, można łatwo zmyślić to czy tamto: pochwalić się swoją bystrością, odwagą.

Autobiografia ze swej istoty upublicznia prywatne życie, a z miłosnym (i zawodowym) Bożyk wręcz się afiszuje. Proszę posłuchać: „Rozpocząłem staż. Gdy pojawiłem się po raz pierwszy w pracy, wszyscy uznali mnie za zbuntowanego młodego człowieka. Ubrany byłem w dżinsy, sweter i kurtkę podobną do skórzanej. Tak ubierali się studenci. Instytut zatrudniał jednak ludzi statecznych, dwa lub nawet trzy razy starszych ode mnie. Przyjętym strojem był garnitur, biała koszula, krawat. Część pracowników jeździła zachodnimi samochodami przywiezionymi po kilkuletnim pobycie na placówkach dyplomatycznych”. Z kim mamy tutaj do czynienia? Z przypadkowo zbuntowanym stażystą, powiedzą jedni. Z potencjalnym karierowiczem, powiedzą drudzy. A tak naprawdę z krystalizującym się intelektualistą, który poczuł smak przypisywanego mu przez otoczenie buntu. We wspomnianym instytucie nieoczekiwanie i ku swemu zdumieniu spotyka on, jak pamiętamy, rasowych opozycjonistów. Ci dziejowo, na śmierć i życie buntowali się przeciwko reżimowi, przeciwko dyktaturze partii, przeciwko komunizmowi. Bożyk, zapewne nie zdając sobie sprawy ze swej śmieszności, często podkreśla buntowniczość we własnym stroju, w wyglądzie. Dla mnie jest ona czymś dyletancko wyobrażanym, rojonym, fantazjowanym. Niby nieśmiało, ale w istocie uzurpatorsko pragnie on reprezentować młodzieńczość zbuntowaną. Tymczasem jedno nie ulega wątpliwości: Paweł – tonem naiwnym, czasem pompatycznym – buntuje się przeciwko zafałszowaniu uczuciowości, przeciwko udawanej miłości. Jest jej romantycznym orędownikiem. O miłości wypada tylko wzniośle. Owszem, świat idei także chciałby prezentować się wzniośle, ale jego publiczną przestrzeń o wiele łatwiej wypełnić pozorami.

 

Czesław Dziekanowski

 



Andrzej Zaniewski

And death shall have no dominion …

„Od chwili spotkania nie mogliśmy żyć bez siebie. Każde, nawet najkrótsze rozstanie wiązało się z tęsknotą jakby w obawie, że nie spotkamy się już nigdy”

„Hanka Miłość Polityka” – Paweł Bożyk

Książka Pawła Bożyka nie łatwo poddawać się będzie wpływom czasu. Liryczna, lecz również epicka, o charakterze zarówno ballady, jak i reportażu ze wspomnień, czy po prostu fascynującej relacji, wielowątkowa opowieść autobiograficzna, to jednocześnie oparta na autentycznych wydarzeniach arcydzieło literatury faktu. Dokument epoki, a równolegle bardzo osobiste zwierzenie, jakby spowiedź z wielkiej miłości trwającej od końca lat pięćdziesiątych wieku XX po kres pierwszej dekady wieku XXI. I to miłości autentycznej może nawet romantycznej, i trwałej, bez wstrząsów, poczucia obcości, zdrad i wszelkich gorzkich zjawisk jakie przyniosła teraźniejszość. A więc jest to historia miłości niezwykłej i niespotykanej w czasach miłości niesprzyjających, spisana i utrzymana od pierwszych aż po ostatnie zdania, w konwencji rzeczywistej baśni. Nie tylko love story bardzo, bardzo rozciągnięta w czasie lecz także nasycona realiami, już tworząca się legenda, o szczęściu opierającym się i nie ulegającym, przyczajonym wokół cieniom, spiskom, fałszom, demonom. I właśnie zderzenie zakochanych w sobie, i spragnionych uczucia młodych ludzi z rzeczywistością powojennych, niepewnych losów, rozczarowań i kłamstw, z codzienną szamotaniną o prawo do godnego istnienia, do własnych myśli, i do tej odrobiny wolności koniecznej do życia – powinno moim zdaniem przyciągnąć czytelników, być może odkrywających tu swe osobiste doświadczenia, spragnionych ciekawej, wartościowej lektury, jak i dla wszystkich podejmujących wyzwania, dla nieobojętnych, niecierpliwych, wrażliwych. To  przecież niemal gotowy scenariusz filmu, a może i serialu telewizyjnego o niezwykłych losach Hanki i Pawła, głęboko wzruszający, autentyczny, ukazujący nasz świat od lat II-giej Wojny Światowej aż do dzisiaj, a może i jeszcze dalej.

Zachwyca w tej opowieści dokładność i precyzja relacji dotyczących wydarzeń sprzed lat, a przecież nie jest to pamiętnik. Zaskakują i budzą głębokie refleksje opisywane sytuacje: śmierć matki z wyroku siepaczy z UPA, spotkanie z ojcem, a później z bratem, którzy wybrali życie w Związku Radzieckim, pierwsze spotkanie w akademiku przy ul. Kickiego i, trudna droga na rodzinne salony, z przezwyciężaniem poczucia mezaliansu włącznie.

Są też motywy sensacyjne. O przywódcy strajku, przez osiem wcześniejszych lat współpracującym z tajnymi służbami, o planach polskiej bomby neutronowej, o sytuacji na polsko-radzieckiej granicy w sierpniu 1981, o spiskach na szczytach politycznej władzy i odejściu Edwarda Gierka. Postać I sekretarza KC PZPR ukazana została obiektywnie i życzliwie. A był to chyba najbardziej oryginalny i niepokorny I-szy sekretarz we wszystkich krajach Układu Warszawskiego. Bożyk przypomina więc zarówno bliskie i serdeczne kontakty Edwarda Gierka z kardynałem Stefanem Wyszyńskim, jak i przygotowywany, a udaremniony lot na Wybrzeże w celu bezpośredniego dogadania się z Lechem Wałęsą. A wtedy losy Polski być może ułożyłyby się inaczej.

Polska w opowieściach Pawła Bożyka, to kraj pełen sprzeczności, w pewnym sensie zniewolony, lecz tworzony przez ludzi, którzy tego zniewolenia nie odczuwali osobiści, wierzyli, że wolność jest możliwa, jeżeli uznamy jej granice. Bożyk ukazuje rządzących ojczyzną w prawdziwych spotkaniach, rozmowach, dyskusjach, przyjaźniach i spięciach. Opisuje czas wytężonej pracy i okres strajków, przeobrażenia, wzloty i upadki, a także tzw. transformację ustrojową.

Otaczają nas tysiące szczegółów, drobiazgów, okruchów pamięci, małych zdarzeń o wielkim niekiedy wymiarze, spraw ogólnych i osobistych. A młoda rodzina – Hanka i Paweł nagle znajdują się w centrum wydarzeń i najważniejszych problemów kraju, znaleźli się bowiem wysoko w politycznej i społecznej hierarchii. Paweł z niepokojem obserwuje ekonomiczne perturbacje i stara się podpowiadać rządzącym jak zapobiec katastrofie. Hanka tworzy cudowną, niepowtarzalną, wprost renesansową atmosferę ich domu Pod Skocznią.

Wyjeżdżają, podróżują, poznają świat – lecz ten właśnie dom w Polsce jest dla nich zawsze najważniejszy. Dla nas wszystkich pamiętających ojczyznę z tamtych lat – szarych i gorzkich, Hanka i Paweł są wybrańcami losu do których uśmiechnęło się szczęście, dla większości niewyobrażalne.

Świadomie użyłem wcześniej określenia realna baśń, ponieważ skojarzenia z poetyką baśni nasuwały się niemal automatycznie już podczas pierwszej lektury. Oto Złotowłosa i skromny, zakochany w niej chłopiec, któremu los nie szczędził ciężkich momentów:  śmierci matki, utraty ojca, pobytu w domu dziecka. Teraz też znaleźli się na rozchybotanej łódeczce niepewnej przyszłości. Ich największym kapitałem jest miłość i świadomość, że sami muszą wszystko zdobyć. To okres najwcześniejszy, aż do spotkania na studiach i nieco później.

Zmienia się sytuacja. Złotowłosa i jej wybrany, który okazuje się nie tyle księciem z urodzenia, co księciem nowoczesnej myśli ekonomicznej, pokonują wszystkie trudności, bariery, mury i zbliżają się do wznoszonej nie bez trosk, wymarzonej siedziby. Marzą i realizują systematycznie swe marzenia.

Trzeci etap baśni to budowa domu-zamku, rozkwit miłości, czas spełnienia. A wokół tej jasnej, pięknej enklawy radości i szczęścia aż wrze od gwałtownych wydarzeń, wiraży dziejowych, niebezpieczeństw … A jednak Złotowłosa i Królewicz – wybitny polski naukowiec, profesor ekonomii – zwyciężają. I nagle …

Nie trzeba chyba wyjaśniać dlaczego Paweł Bożyk postanowił opisać swe życie przy wspaniałej i Pięknej Kobiecie. Przeżył wstrząs … Książka powstała spontanicznie pod wpływem dramatycznych wydarzeń i z wyraźnej potrzeby wewnętrznej, rodziła się z bólu, z rozpaczy, z gniewu i goryczy, z poczucia obowiązku i odpowiedzialności, z żalu i nadziei … Konkretny, precyzyjny język, szybka akcja, plastyczne – barwne opisy, setki epizodów i dygresji, ułożonych przeważnie chronologicznie, anegdoty, dialogi, riposty – całość obejmująca wiek XX-ty od narodzin głównych bohaterów, aż po pierwszą dekadę już trzeciego tysiąclecia, a więc do dziś.

Osłaniam dłonią twarz przed wiosennym blaskiem. Odnajduję wysłonecznioną ulicę Kickiego na Grochowie, i tamte dwie piękne sylwetki: blondynki o długich falujących włosach i trzymającego ją pod rękę wysmukłego chłopca o zamyślonej, mądrej twarzy. Towarzyszą mi od tamtych niezapomnianych lat.

Niniejszą recenzję, czy raczej rozszerzona impresję, o książce Pawła Bożyka, opatrzyłem tytułem znanego wiersza amerykańskiego poety Dylana Thomasa, uznając, że właśnie ten fragment, w polskim dokładnym tłumaczeniu brzmiący: Lecz śmierć nie będzie panowała – poszerza jakby jej treść. Przecież śmierć Hanki – nagła, spowodowana brakiem poczucia obowiązku i obojętnością wywołała błyskawiczną reakcję: powołanie Fundacji im. Hanki Bożyk „Pogotowie Ratunkowe, dlaczego nie zdążyło”.

A więc miłość przetrwała, a może i pokonała śmierć. I trwa, jest, nadal istnieje, nie tylko pomaga żyć osamotnionemu bohaterowi, lecz nadaje jego życiu sens. Splatają się ze sobą wspomnienia, teraźniejszość i plany przyszłości. Autor prowadzi nas przez swoje życie z otwartością, szczerością i zaufaniem. A my – czytelnicy i przyjaciele rozumiemy każdy jego krok.

Andrzej Zaniewski


- To prawda, że już od początku ery Gierka Polska budowała bombę nie tyle atomową, co raczej bardziej zaawansowaną technicznie bombę neutronową, która nie zostawiała praktycznie żadnego skażenia radioaktywnego - ujawnia nam profesor Paweł Bożyk, który przez 8 lat był ekonomicznym doradcą Gierka i jego zaufanym człowiekiem.

Początek programu budowy polskiej broni masowej zagłady sięga 1968 r., czyli jeszcze czasów poprzednika Gierka, Władysława Gomułki (+ 77 l.). Wówczas to doktor Zbigniew Puzewicz, szef Katedry Podstaw Radiotechniki Wojskowej Akademii Technicznej, zasugerował, że możliwe jest przeprowadzenie wybuchu termojądrowego za pomocą lasera dużej mocy.


Więcej
http://www.se.pl/wydarzenia/ciekawostki/strefa-51-tajna-baza-kosmitow_191183.html

Kiedy do władzy doszedł Gierek, prace nad polską bombą neutronową ruszyły pełną parą. Pieczę nad projektem objął generał profesor Sylwester Kaliski (+ 53 l.), ówczesny komendant Wojskowej Akademii Technicznej.

Pieniądze nie grały roli

Gierek na nową technologię zabijania nie żałował pieniędzy. - Nikt nigdy nie policzył, ile wydaliśmy na badania. Formalnie pieniądze szły na WAT. Jeśli generał Kaliski potrzebował dodatkowych środków, bez problemu je dostawał - opowiada Bożyk.

Finanse nie były problemem, kłopotem było sprowadzenie specjalistycznych mechanizmów, przyrządów badawczych i materiałów. Wszystkie te rzeczy trzeba było ściągnąć z Zachodu. Nie było to proste, bo nasz kraj jako członek wrogiego Układu Warszawskiego był wtedy przez Zachód objęty embargiem, ze szczególnym uwzględnieniem nowych technologii.

Dlatego sprowadzeniem do Polski niezbędnych materiałów i urządzeń zajął się wywiad PRL. Nasi agenci, w największej tajemnicy przed Związkiem Radzieckim, niezbędne produkty, kupione od państw Europy Zachodniej i USA, zaczęli zwozić do specjalnie wybudowanej hali WAT w warszawskiej dzielnicy Wola. Od 1972 roku prace kontynuowano w Instytucie Plazmy i Laserowej Mikrosyntezy na warszawskim Bemowie. Same próby jądrowe generał Kaliski chciał przeprowadzać prawdopodobnie w specjalnie wybudowanych sztolniach w Bieszczadach.

Tajemnicza śmierć generała Kaliskiego

Pomimo wysiłków wywiadu nie udało się projektu utrzymać w tajemnicy przed radzieckimi "towarzyszami". Ale Sowieci prawdopodobnie uznali, że polski laser, który jest kluczowym elementem bomby neutronowej, jest zbyt słaby, żeby wywołać reakcję łańcuchową, dlatego początkowo obserwowali badania ze spokojem.

To, co stało się później do dziś jest zagadką. 16 września 1978, w tajemniczym wypadku samochodowym, za kierownicą swego fiata mirafiori zginął profesor gen. Kaliski, a jego żona została poważnie ranna. Po wypadku od razu pojawiły się głosy, że generał był fatalnym kierowcą. Mimo to wokół jego śmierci narosło wiele spiskowych teorii. Najpopularniejsza z nich mówi o tym, że generał został zamordowany przez sowiecki wywiad.

Przeczytaj koniecznie: Książka Pawła Bożyka, doradcy GIERKA ujawnia fakty z przeszłości: Lech Wałęsa był w 1980 roku opłacany przez komunistów?

Więcej
http://www.se.pl/wydarzenia/kraj/ksiazka-pawla-bozyka-doradcy-gierka-ujawnia-lech-waesa-by-w-1980-roku-opacany-przez-komunistow_185027.html

Jeden z oficerów Wojska Polskiego miał zeznać, że Sylwester Kaliski został zamordowany przez KGB dlatego, że swoją wiedzą o bombie nie chciał się podzielić ze Związkiem Radzieckim.

Koniec snu o potędze

- Badania Kaliskiego były już bardzo zaawansowane, a Polska w tym czasie znajdowała się w czołówce państw, które takie badania prowadziły. Śmierć naukowca może być nieszczęśliwym wypadkiem, ale niewykluczone, że rękę do niej przyłożyły obce wywiady.

I nie chodzi tu tylko o KGB, ale i o służby specjalne państw zachodnich, które panicznie bały się zaawansowania polskiego projektu. Po wypadku wszystkie dokumenty utajnił ówczesny minister obrony generał Wojciech Jaruzelski - dodaje profesor Bożyk.

Bez względu na to, czy był to tragiczny wypadek, czy morderstwo, śmierć Kaliskiego oznaczała jedno - koniec badań nad bombą neutronową. - Profesor nie miał w zwyczaju zapisywać swoich myśli. Wszystkie schematy i plany miał w głowie. A przynajmniej tak utrzymywano. Dlatego nikt z jego następców nie był w stanie nawiązać do badań tego geniusza - dodaje Bożyk.

Dlatego polski program atomowy nie został dokończony. Niektórzy mówią też, że środki finansowe wydane na konstrukcję bomby były tak wielkie, że przyczyniły się do kryzysu ekonomicznego w połowie lat 70., który w konsekwencji w 1980 zmiótł ze sceny politycznej Edwarda Gierka.

Więcej o tajemnicach PRL można przeczytać w książce prof. Pawła Bożyka pt. "Hanka. Miłość. Polityka"
zródło: www.se.pl

HANKA MIŁOŚĆ POLITYKA
pióra prof. Pawła Bożyka
Kochajmy ludzi jak do nas przychodzą!



Trzeba było tragedii osobistej aby prof. Paweł Bożyk odkrył swoją emocjonalną, rodzinną prywatność. To dla mnie zaskoczenie i w sumie przyjemne odkrycie. Poznałem  profesora jako wykładowcę na SGPiS'ie a później  przypadek zdarzył, że spotykaliśmy się także prywatnie i nader często.  Była to znajomość intrygująca ponieważ u państwa Bożyków przewijał się zwykle korowód ludzi – luminarzy tamtych czasów opisanych częściowo w książce. Zwykle, podczas wspólnych towarzyskich spotkań próbowałem  Pawła wyprowadzić z równowagi, kiedy oczywiście w obecności Hanki zaczynałem żartować, że studentki nie dają mu żyć. Zawsze się wówczas trochę  denerwował ale miałem przeświadczenie, że i cieszył, że właśnie w ten sposób próbowałem mu dokuczać a nie od strony polityczno-zawodowej. Kiedy Paweł zadzwonił, że Hanka odeszła była to dla mnie wiadomość nie z tej Ziemi bo Oni razem dla mnie byli wieczni i w pewnym sensie modelowi i niezniszczalni. Modelowi i niezniszczalni w sensie zachowań. Po pewnym okresie znajomości wydawało mi się, że nie ma sytuacji, w której nie wiedziałbym jak zareaguje Hanka lub Paweł. Ich dbałość o siebie  była nawet czasami irytująca, wręcz prawie nienaturalna. Ale były to zachowania prawdziwe – tacy byli jako para, nieustępliwi w obronie własnego gniazda a Hanka szczególnie ze swoim „murem” odgradzającym się od jakichkolwiek zewnętrznych skojarzeń  damsko-męskich.  Hanka z książki Pawła jest dla mnie nowym odkryciem, podobnie jak i Paweł. Pamiętam Hankę jako osobę atrakcyjną i trzeba przyznać w stosunku do mnie ciepło-tolerancyjną ale w kontaktach bliższych wręcz miałem skojarzenie, że symbolicznie jest otoczona drutem kolczastym – przy próbie damsko-męskich żartów zwykle ściskała mnie za  ramię  jakby karcąc za zuchwałość i odsuwając się mówiła z jednoznaczną wymową ….. Jurek !  Znaczyło to, że mam przestać. Paweł odsłonił w książce natomiast to, czego nie było wówczas widać w relacjach między nimi ale powinno było się spodziewać po nich jako po kobiecie  i mężczyźnie. Zawsze dla mnie zaskoczeniem jest okazywanie naturalnych ciepłych zachowań względem siebie znanych mi dorosłych ludzi. Odsłonięcie w książce tak bliskich i tak naturalnie ciepłych relacji Pawła i Hanki zaskoczyło mnie bardzo ale i ucieszyło. Byli normalni, byli tacy jak  ja, z ludzkimi emocjami i codziennymi sprawami,  z którymi większość z nas się borykała w tamtych czasach. Książka tym samym udowadnia, że pozory mylą, że powinniśmy patrzeć na innych ludzi z zaufaniem i sympatią a nie tylko z szacunkiem lub nie do wykonywanych lub nie przez nich funkcji.
Kochajmy ludzi jak do nas przychodzą! 
Nie było tak źle aby nie mogło być gorzej!
Książka, poza wątkiem osobistym niesie także emocje ostatnich trzydziestu lat ubiegłego wieku i wywołuje osobiste refleksje u czytelnika już wiekowego; własna rodzina,  budzące się rozterki polityczne, codzienne troski o rodzinę i przyszłość dzieci.  O dziwo, są to per saldo bardzo pozytywne i ciepłe wspomnienia. Propaganda dzisiejszej  polityki z małych złych rzeczy tamtych czasów  utkała sztandary tych, którzy swoją przyszłość zawodową widzieli tylko w polityce a nie w realnej pracy. Przez takich jak oni dzisiaj - wówczas także nieudolnie rządzących ( w imieniu narodu)  wszystkie zdobycze ekonomiczne ludzi pracy i chłopów zostały „wpompowane w instrumenty pochodne”  nieudolnie zarządzanej gospodarki  kapitalistycznej. Ówczesny polski ekonomiczny system socjalistyczny nie był najlepszy i był notorycznie chrzaniony przez nieudolnych aparatczyków ale i tak dawał ludziom poczucie stabilizacji, może zbyt rozciągniętej w czasie ale z emerytury można było wyżyć.  Dla ludzi pracy ważna była  wówczas stabilizacja zawodowa, której dzisiaj nie ma. Potrafiliśmy pracować i potrafiliśmy się bawić, potrafiliśmy żartować ze wszystkiego. Powstawały znakomite dzieła kulturalne, mieliśmy znakomite uczelnie, świetnych sportowców – kto chciał mógł się cieszyć możliwością zdobywania wiedzy na koszt narodu ale naród miał nadzieję, że taki ktoś, już jako wykształcony, później odda narodowi zaciągnięty dług. Ale różnie to bywało i bywa nadal.  Książka jest więc także w pewnym sensie nie tylko przywołującym osobiste wspomnienia pamiętnikiem tamtych czasów  dla czytelnika  ale i przyczynkiem do podjęcia rachunku sumienia i zastanowienia się dla rządzących dzisiaj.  Przecież realny ustrój socjalistyczny krajów skandynawskich nawet z dworem królewskim nadal ma się dobrze  - bo ci, którzy mogli go zepsuć nie zostali dopuszczeni do władzy (lub co gorsza zostali skierowani na południe).
Jak się okazje, nie było u nas tak źle aby nie mogło być gorzej.

Panie Profesorze, drogi Pawle to dobrze, że napisałeś w ten sposób tę książkę. W ten sposób umożliwiłeś mi obcowaniu z Wami nadać inny wymiar. 
Jerzy Czaplejewicz  (z warszawki )


8 lat w „Białym Domu”
(...) "W sierpniu, tuż przed wyjazdem na Krym, podczas mego spotkania z Gierkiem nagle wszedł do jego gabinetu Stanisław Kowalczyk. Takie zachowanie świadczyło o nadzwyczajnej ważności sprawy, z którą przybył. Na wymowne spojrzenie ministra, skierowane w moim kierunku, Gierek odparł, że mogę pozostać. Ich dialog utkwił mi w pamięci.
“Chciałbym was poinformować oficjalnie, że Wałęsa to nasz człowiek, współpracujemy z nim, także finansowo, już od siedmiu lat – oświadczył Kowalczyk. Jestem, wiec pewien, że się dogadamy”. „To dobrze” – odpowiedział Gierek.  „Rozmawiajcie z nim, nie róbcie mu krzywdy. Sam myślę, czy nie wybrać się na Wybrzeże”." (...)

Z profesorem Pawłem Bożykiem rozmawia Tomasz Zbigniew Zapert

- Pańskiej książki “Hanka Miłość Polityka” (wyd. Zysk i S-ka) nigdy by nie było, gdyby nie tragiczna śmierć żony.

- Pisanie było dla mnie terapią. Szok sprawił, że z zakamarków pamięci wydobyły się epizody, postacie, a nawet rozmowy, które wiernie odtworzyłem. Obawiam się, że pisząc wspomnienie dziś, byłyby one znacznie uboższe.

- Ale przecież przymierzał się Pan do nich już u progu III RP.

- Opracowałem jedynie konspekt i dostarczyłem pewnemu wydawcy, który początkowo zapalił się do publikacji książki, lecz niebawem zmienił zdanie. Podobnie zresztą jak ja, kiedy małżonka poinformowała mnie o tajemniczej rozmowie telefonicznej. Anonimowy rozmówca radził jej, aby skłoniła męża do rezygnacji z upublicznienia wspomnień, bo nie jest jeszcze na to czas. W przeciwnym razie może zostać wdową – tyle przecież zdarza się wypadków, choćby drogowych. A ponieważ był to czas niewyjaśnionych - do dziś zresztą – zgonów postaci publicznych, na przykład Jana Strzeleckiego, księży: Stefana Niedzielaka, Stanisława Suchowolca i Sylwestra Zycha, a niebawem Waleriana Pański, Piotra Jaroszewicza oraz Ireneusza Sekuły, toteż zarzuciłem ten pomysł. Na 22 lata.

- Hannie Bożyk odebrała życie dyspozytorka pogotowie ratunkowego.

- Zlekceważyła telefoniczne wezwanie, w rezultacie ambulans ze stacji pogotowia ratunkowego, usytuowanej kilkaset metrów od mojego mieszkania, przyjechał po 63 minutach. Jak stwierdziła później specjalna komisja, życie Hanki, która doznała zawału serca, można by uratować, gdyby pomoc przybyła pół godziny wcześniej. Wystarczyło zrobić zastrzyk z clexanu, podać tlen i zawieźć pacjentką do najbliższego szpitala.

- Powołał Pan fundację im. Hanki Bożyk “Pogotowie Ratunkowe nie zdążyło”.

- Postanowiłem stworzyć swego rodzaju ruch społeczny ujawniający nieprawidłowości naszej służby zdrowia, w szczególności ratownictwa medycznego. Stronę internetową hankabozyk.pl – zawierającą projekt dogłębnej reformy polskiego systemu ochrony zdrowia – odwiedziło już niemal pół miliona osób. Fundacja jest obecna na kilkudziesięciu najważniejszych portalach internetowych.

-  Od dzieciństwa był Pan sierotą. Dlaczego?

- Pochodzę z okolic Rawy Ruskiej. Matka została zamordowana przez Ukraińców w roku 1945 – miałem wtedy sześć lat, a ojca – Słowaka z pochodzenia – wcześniej wywieźli na Sybir Sowieci. Kiedy wypuszczono go z łagru, założył w ZSRR nową rodzinę, bo doszły go wieści, iż żonę i synów (mam młodszego brata) zabili ukraińscy szowiniści. Odnalazłem go przy pomocy Polskiego Czerwonego Krzyża, gdy byłem już dorosły, ale nie znaleźliśmy wspólnego języka. Kilka lat temu, kiedy prezydent Aleksander Kwaśniewski publicznie przepraszał Ukraińców za akcję “Wisła”, ostro przeciwko temu zaprotestowałem. ”Wśród tysięcy osób zamordowanych przez UPA w latach 1943-1947 znalazła się moja matka. Jej jedyną winą było polskie pochodzenie. Wraz z bratem uniknęliśmy śmierci tylko dlatego, że w tym czasie przebywaliśmy u babci, po polskiej stronie granicy. Do tej pory dnia ani mnie, ani mnie podobnych nikt nie przeprosił i nie życzę sobie, by ktokolwiek przepraszał Ukraińców w moim imieniu”. Mój list otwarty zamieściło wiele gazet, między innymi “Nasza Polska”.

- W jakich okolicznościach trafił Pan do polityki?

- Zaczęło się od próby nakłonienia mnie do współpracy z bezpieką. Gdy zdecydowanie odmówiłem, uniemożliwiono mi wyjazd do USA, gdzie miałem objąć funkcję radcy ekonomicznego polskiej ambasady. Politycznego bakcyla połknąłem w roku 1972, gdy Edward Gierek osobiście zaoferował mi stanowisko swego doradcy.  Niemało Polaków wiązało wtedy z tym politykiem nadzieję na lepsze jutro. Tym bardziej że stopa życiowa w ciągu kilkunastu miesięcy jego rządów zdecydowanie wzrosła. Czy wychowanek domu dziecka mógł się oprzeć tak kuszącej ofercie?

- W pierwszych dniach pracy wzięto Pana za zamachowca.

- Sprzątałem przydzielony mi pokój, bo nikt mi nie powiedział, że są od tego specjalne służby. Rozmaite rupiecie po poprzedniku zapakowałem do znalezionej w szafie tekturowej walizki, którą wyniosłem do toalety. Po paru minutach na korytarzu zapanowało zamieszania. Okazało się, że pakunek uznano za bombę.

- Poznał Pan czołowych rezydentów “Białego Domu”, a także ich gości.

-  Mój gabinet sąsiadował z biurem Jerzego Łukaszewicza, sekretarza KC odpowiedzialnego za propagandę, więc miałem okazję przyjrzeć się, kogo podejmował. Przybyli oczekiwali nieraz długo w sekretariacie, być może również dlatego, ponieważ królowała tam Bogumiła Genczelewska, bez wątpienia ówczesna “Miss Białego Domu”. Często bywał Andrzej Wajda, a także wielu późniejszych opozycjonistów walczących z komuną, opowiadających potem, iż gmach KC był dla nim siedliskiem zła, toteż omijali go szerokim łukiem, co było dalekie od prawdy.

- Widział Pan z bliska również polityków zagranicznych.

- Byłem świadkiem pobytu Leonida  Breżniewa w Warszawie. Przyleciał na VII zjazd PZPR. Już na lotnisku wojskowym powstały pewne komplikacje, gdy wyszedł na lekkim rauszu z samolotu. Nie wsiadł do czarnej limuzyny marki Czajka, lecz... do gazika. Kazał jego szoferowi ustąpić sobie miejsca za kierownicą, po czym odpalił auto, objechał dookoła stojących „oficjeli” - z Gierkiem i Jaroszewiczem  na czele - i zatrzymał samochód w miejscu startu. Podczas obrad gensek nudził się niemiłosiernie. W trakcie przemówienia Gierka kazał się zaprowadzić na zaplecze, gdzie poprosił o koniak. Chociaż obsługa otrzymała zakaz podawania mu alkoholu, wobec kategorycznego żądania przyniesiono butelkę martella. Po wychyleniu kilku kieliszków wrócił do prezydium w znacznie lepszym humorze. Kiedy wszyscy wstali, żeby odśpiewać „Międzynarodówkę”, rączym krokiem podążył ku mównicy, by... dyrygować. Gdyby nie nadzwyczajna czujność realizatora bezpośredniej transmisji telewizyjnej, Breżniew jako dyrygent zjazdu polskiej partii zagościłby na szklanym ekranie.

- Wspomina Pan też innego Rosjanina – Jurija Ragulina.

- W latach 70. był zastępcą radzieckiego ambasadora w Warszawie i bywalcem salonów stołecznej socjety. Odwołano go do Moskwy w niecodziennych okolicznościach. Jego żona Jana – córka ambasadora ZSRR w NRD Piotra Abrassimowa - zakochała się z wzajemnością w polskim dziennikarzu radiowym Jerzym Bekkerze. Jej ojciec miał znaczne wpływy pośród kremlowskiej „wierchuszki”, toteż gdy Jana pojechała do ojczyzny sfinalizować rozwód, nie otrzymała zgody na powrót do Polski, zaś Abrassimow zapowiedział Bekkerowi, że zgadza się na ślub, ale młoda para musi zamieszkać w Moskwie. W rezultacie do małżeństwa nie doszło, a za całe zamieszanie Ragulin zapłacił dymisją.

- Latem 1980 roku był Pan świadkiem niezwykle interesującej rozmowy Gierka z ówczesnym szefem MSW. Warto przypomnieć, kto był jej bohaterem.

- W sierpniu, tuż przed wyjazdem na Krym, podczas mego spotkania z Gierkiem nagle wszedł do jego gabinetu Stanisław Kowalczyk. Takie zachowanie świadczyło o nadzwyczajnej ważności sprawy, z którą przybył. Na wymowne spojrzenie ministra, skierowane w moim kierunku, Gierek odparł, że mogę pozostać. Ich dialog utkwił mi w pamięci.
“Chciałbym was poinformować oficjalnie, że Wałęsa to nasz człowiek, współpracujemy z nim, także finansowo, już od siedmiu lat – oświadczył Kowalczyk. Jestem, wiec pewien, że się dogadamy”. „To dobrze” – odpowiedział Gierek.  „Rozmawiajcie z nim, nie róbcie mu krzywdy. Sam myślę, czy nie wybrać się na Wybrzeże”.

- Czemu Gierek nie spotkał się z Wałęsą?

- Powróciwszy z urlopu, postanowił razem ze mną polecieć do Gdańska na spotkanie z Wałęsą. „Powiem, że jako I sekretarz KC PZPR – jestem nim przecież nadal, nikt mnie ze stanowiska oficjalnie nie zdjął - zgadzam się w pełni na demokratyczne wybory. Zobaczymy, jaka będzie reakcja, mam nadzieję, że pozytywna. Pokrzyżuję Kani i Jaruzelskiemu ich plany, bo jestem pewien, że oni coś knują przeciwko mnie” – deklarował mi wieczorem w przededniu odlotu, który miął nastąpić następnego poranka. Kiedy o świcie, przygotowując się do podroży, włączyłem jak zwykle radio, dowiedziałem się, że Gierek poczuł się źle i przebywa na oddziale kardiologii kliniki w Aninie. Najwyraźniej zapadł na chorobę polityczną.

-  Pisze Pan, że kardynał Stefan Wyszyński we wrześniu 1980 roku postanowił ostrzec Gierka przed najbliższymi towarzyszami z Biura Politycznego, przygotowującymi polityczny zamach stanu.

-  Prymas został zaproszony do domu w Klarysewie, gdzie Gierek mieszkał. Duchowny wyraźnie wskazał, jakie zagrożenie grozi przywódcy partii i państwa ze strony jego najbliższych towarzyszy. Nie padły wprawdzie nazwiska Kani i Jaruzelskiego, lecz przekaz z pewnością był czytelny.

Wywiad ukazał się w najnowszym numerze tygodnika "Nasza Polska" z 12 lipca 2011 r. (Nr 28 (818))



Recenzja ukazała się w tygodniku "NIE" nr 28 , 8-14 lipca 2011r.


"Wprost" (Rafał Kalukin) o książce:"Hanka Miłość Polityka".

Zbigniew Wieczorek

"Życie Katowic - Info" - miesięcznik nr 13/14 (czerwiec-lipiec 2011r), www.zyciekatowic.info


Spotkanie w Klubie Ronin w dniu 22 sierpnia


Wczorajsza prezentacja książki była znakomita. Ujęłam to bardzo krótko gdyż fragmenty książki jakie znalazłam na stronie fundacji były znacznie ciekawsze i zdecydowanie bardziej zachęcają do przeczytanie książki. Poszło to na Nowym Ekranie i na salon24.pl a poza tym dałam na facebooka.
jeśli chcesz więcej informacji na ten temat,kliknij "polskatoty.pl"

http://polskatoty.pl/blog/2011/08/23/milosc-i-polityka-wokol-gabinetu-gierka/
http://photofanka.nowyekran.pl/post/24558,milosc-i-polityka-wokol-gabinetu-gierka
http://photofanka.salon24.pl/335670,milosc-i-polityka-wokol-gabinetu-gierka
http://www.facebook.com/profile.php?id=100001992616723

Goście na stronie

1040842
dziś
wczoraj
ogółem
63
465
1040842

Internauci o pogotowiu

Facebook

Kalendarium


Dzisiaj jest: Niedziela
24 Czerwca 2018
Imieniny obchodzą
Danuta, Dan, Danisz, Emilia, Jan,
Wilhelm

Do końca roku zostało 191 dni.
Zodiak: Rak

Kompozycje Piotra Figla

Podziękowania dla Piotra Figla za udostępnienie
swoich kompozycji.