Przekaż 1% Fundacji im. Hanki Bożyk

Nr KRS: 0000362270

Nr konta:

20 1240 2135 1111 0010 3448 4680

Miłość czy studia?


W końcu rozpłakała się i pobiegła do siebie do pokoju. Zostałem sam na korytarzu. „Trudno, obraziła się, ale w sprawie nauki nie mogę jej odpuścić”, pomyślałem. Następnego dnia przez jedną z koleżanek poprosiłem, żeby Hanka zeszła do mnie na dół. Przyszła nadąsana. Ale od słowa do słowa przyznała, że faktycznie w nowym semestrze więcej czasu poświęcała miłości niż nauce, i przyrzekła, że weźmie się do roboty.

Na randki mieliśmy teraz znacznie mniej czasu, bo ciągle były jakieś ćwiczenia, wykłady albo jeszcze inne obowiązki. Częściej widywaliśmy się na uniwersytecie niż gdzie indziej. Ale w sumie byłem zadowolony, wiedziałem, że sprawy nauki wróciły na dobre tory.

Nadeszła nasza druga jesień i zima w akademiku. Na święta Bożego Narodzenia pojechaliśmy do Jaworza. Po poprzednim pobycie u rodziny Hanka postanowiła popracować nad moimi manierami i wyglądem. Imponowałem jej, ale chciała wyeliminować to, co kolidowało z dobrym wychowaniem, poczuciem estetyki i wszystkim, czego jej nauczono w dzieciństwie. Co prawda w czasie studiów nadrobiłem wiele zaległości w tej dziedzinie, ale wciąż chwilami nie wiedziałem, jak powinienem się zachować, np. całować kobiety w rękę czy ich nie całować. Dla jednych całowanie świadczyło o prowincjonalizmie, dla drugich zaś niecałowanie było oznaką braku wychowania, a nawet chamstwa. Szkoda, że na Uniwersytecie Warszawskim nie było przedmiotu pod nazwą „protokół dyplomatyczny”, uczącego młodych ludzi poprawnego zachowania w różnych sytuacjach.

Posłusznie poddawałem się tej edukacji. Początkowo efekty były niezauważalne, ale z upływem czasu nabrałem dobrych manier. Jadąc do Jaworza, nie zakładałem już czarnego swetra, ubrałem się normalnie, ostrzygłem i zachowywałem jak dobrze wychowany młody człowiek. Nie uszło to uwadze rodziny Hanki. Babcia Hanki przyjęła mnie jak poprzednio bardzo ciepło, ale tym razem i ciotka przestała patrzeć na mnie jak na przybysza z obcej planety. Potrafiłem znaleźć się w towarzystwie, które ciotka zapraszała do siebie do domu (dyrektorkę sanatorium, lekarzy itp.). Z pewnością nie kompromitowałem rodziny. Na święta była choinka, prezenty, masa ciasta upieczonego przez babcię. Ulokowano mnie w oddzielnym pokoju z dużym słojem nalewki z wiśni. Wieczorem wlewałem więc sobie trochę tej nalewki do szklanki. Jednocześnie uzupełniałem słój z nalewką o pół szklanki wody, którą na noc przynosiłem sobie do pokoju. Po jakimś czasie, gdy przerwa świąteczna zbliżała się do końca, ciotka Hanki stwierdziła, iż im ta nalewka jest starsza, tym wydaje się słabsza. Oczywiście nie dałem po sobie poznać, że wiem, jaka jest tego przyczyna.

W sumie święta minęły przyjaźnie, ciotka z babcią powoli akceptowały nowego członka rodziny, Hanka była szczęśliwa, ja unikałem sytuacji, które stawiałyby mnie w złym świetle. Zresztą z natury byłem przecież porządnym, poważnym człowiekiem, może tylko wyglądałem na niepoważnego młokosa, ale to przecież nie była moja wina.

Po feriach wróciliśmy do Warszawy wypoczęci i zadowoleni, obładowani ciastami wypieczonymi przez babcię. Zbliżała się sesja egzaminacyjna, trzeba było wziąć się do roboty. Oboje ją zaliczyliśmy, zadowolenie było więc pełne.

Następny semestr minął jak z bicza trzasł, ani się obejrzeliśmy, jak nadeszły wakacje. Dla mnie były to ostatnie wakacje na studiach. Znaczną ich część miał zająć obóz wojskowy gdzieś koło Szczecina. Zanim pojechałem na ten obóz, odwiedziliśmy z Hanką jej mieszkanie w Łodzi przy ulicy Piotrkowskiej. Mieszkanie było małe, ale bardzo przytulne i czyste. Tu Hanka wychowała się jako dziecko i uczennica szkoły podstawowej. Teraz zajmowała go niania Hani, Bronia.

Bronia uwielbiała Hankę bezgranicznie. Była przy jej narodzinach, potem zajmowała się jej wychowaniem. Po śmierci matki Hanki Bronia została sama w Łodzi. Na drzwiach znaleźliśmy kartkę z informacją, że musiała pilnie wyjść i za chwilę wraca, klucz u dozorcy. Wypiliśmy więc herbatę i nie doczekawszy się jej, pojechaliśmy na dworzec Łódź Kaliska, skąd miałem pociąg do Szczecina.

Pożegnanie jak zawsze było bardzo trudne. Hanka płakała, mnie było smutno. Długo machała za odjeżdżającym pociągiem, ocierała łzy, jakbyśmy żegnali się na zawsze, a nie na półtora miesiąca.

Wszystkich podchorążych ulokowano w poniemieckich koszarach niedaleko jeziora Głębokie. Podzielono nas na siedmioosobowe drużyny. Każda miała swoją salę. Spaliśmy na łóżkach piętrowych, które zawsze musiały być posłane równiutko, w pudełko. Pobudka przed szóstą rano, gimnastyka na świeżym powietrzu bez koszul, potem mycie, śniadanie w olbrzymiej jadalni i zajęcia, najczęściej musztra, zbiórki w dwuszeregu, ćwiczenia z bronią itp. Studentów w obroty wzięli zawodowi kaprale, którzy z niejednymi opornymi mieli już do czynienia.

Moja kompania była wyjątkowo oporna. Jeden z plutonów tworzyli bowiem studenci szkoły teatralnej, wielu dobrze znanych później aktorów. Czego oni nie wymyślali na tej musztrze! Nie pomagały kary w postaci biegów z karabinem maszynowym na plecach dookoła maszerującego plutonu. Nie pomagało mycie ubikacji, korytarzy itp., dodatkowe dyżury w kuchni.

Zawodowy kapral był bezsilny. Wyglądał na ambitnego chłopaka ze wsi. Chciał, żeby ćwiczenia przebiegały dobrze, a tu taki klops. Pewnego dnia zaprosił kilku podchorążych (w tym mnie) na wódkę do restauracji. Wódki było niewiele, więcej piwa, serdeczna rozmowa i prośba: - Pomóżcie mi, chłopaki. Od tego zależy mój awans, a może nawet dalsza służba. Niektóre rzeczy ćwiczę z wami, bo muszę. Nie dlatego, że jestem złośliwy, tylko dlatego, że takie są instrukcje.

Czy po tej rozmowie życie kaprala, dla którego służba w wojsku była drogą awansu społecznego, stało się łatwiejsze? Może trochę. Podchorążowie przestali być wobec niego złośliwi, choć zapewne nie do końca. Za to dokuczali sobie wzajemnie, ile wlazło; taki wiek, taka sytuacja. Zebrać razem kilkudziesięciu młodych ludzi na półtora miesiąca to duża odwaga ze strony wojska, zważywszy, że wszyscy są studentami, z potencjalną buławą w kieszeni, większość bardzo inteligentnych, część zawodowych zgrywusów z racji wybranego kierunku studiów. Świntuszyli w sypialniach i w kuchni, na wykładach i w mieście, gdy byli na przepustkach.

W nocy część podchorążych mówiła przez sen, niektórzy byli lunatykami. Mnie koledzy długo później przypominali wypowiedziane w głębokim śnie zdanie: „Jakieś nieszczęście wisi nad nami”. - Skąd wtedy wiedziałeś, że spotkają nas takie nieszczęścia – pytali po latach. Może to był zły omen?

Obóz wojskowy był kolejnym okresem okrutnej rozłąki z ukochaną Hanką. Oboje usychaliśmy z tęsknoty. Ona pisała codziennie. Listy były długie i piękne, romantyczne, barwne. Czytając je, wiedziałem, że nic nas już nie może rozłączyć; wtedy oczywiście o śmierci nie myślałem, zbyt odległe były to sprawy. Oboje byliśmy tacy młodzi, wchodziliśmy dopiero w życie, byliśmy goli i bosi, bez mieszkania, ale mieliśmy siebie i to było najważniejsze.

Odpisywałem jej, kiedy tylko mogłem. Nie było to łatwe. Dni były zajęte olbrzymią ilością powtarzających się, bezsensownych zajęć, czyszczeniem broni, myciem korytarzy, zbiórkami i wykładami. Znalezienie kilkunastu minut dla siebie graniczyło z cudem. Hanka to rozumiała, nie miała mi za złe, że nie piszę tak często jak ona. Tak jak w poprzednie wakacje drażnił ją widok par spacerujących po ulicach, śmiejących się, rozmawiających.

Koniec obozu wojskowego oznaczał dla mnie koniec lat studenckich, może nie beztroskich, bo musiałem się porządnie napracować, żeby związać koniec z końcem, ale lat szczęśliwych, zwłaszcza ostatnich dwóch, gdy byłem z Hanką. Te dwa lata minęły błyskawicznie, ani się obejrzałem, jak zostałem magistrem, otrzymałem dyplom ukończenia studiów wyższych i zacząłem szukać pracy.

Pamiętam, gdy jako świeżo wypromowany magister ekonomii jechałem trolejbusem ulicą Myśliwiecką, rozglądając się, czy wszyscy widzą, jaki jestem ważny, skończyłem przecież studia i to z oceną bardzo dobrą. Nikogo to jednak w trolejbusie nie obchodziło. Tylko z Hanką mogłem podzielić swoją radość. Czekała na mnie po egzaminie z małym bukiecikiem kwiatków, chyba stokrotek. To wystarczyło, by sprawić mi olbrzymią radość. To dla niej zrobiłem magistra na piątkę, dla niej zdałem egzamin w pierwszym terminie. Zasłużyłem na opinię, którą o mnie rozpuszczali koledzy, że pilny, że pracuś, że nie chce zmarnować ani chwili.

Owszem, lubiłem pracować, ale jeszcze bardziej lubiłem przebywać z Hanką, nawet wtedy, gdy dochodziło między nami do drobnych sprzeczek. Konflikty szybko łagodziłem, przepraszając Hankę za wszystko, brałem winę na siebie, zrzucałem na swój charakter. Ona chwilę się dąsała, potem jednak przyjmowała przeprosiny i wszystko było dobrze. Kochałem ją za to, wiedziałem, że jest w tym wiele gry, często sprawdzała, czy na pewno mi na niej zależy.

Goście na stronie

1074848
dziś
wczoraj
ogółem
219
344
1074848

Internauci o pogotowiu

Facebook

Kalendarium


Dzisiaj jest: Wtorek
25 Września 2018
Imieniny obchodzą
Aureli, Aurelia, Aurelian, Franciszek,
Gaspar, Herkulan, Kamil, Kleofas,
Kleopatra, Ładysław, Piotr, Rufus,
Świętopełk, Wincenty, Władysław,
Władysława, Włodzisław

Do końca roku zostało 98 dni.
Zodiak: Waga

Kompozycje Piotra Figla

Podziękowania dla Piotra Figla za udostępnienie
swoich kompozycji.